Kupą, mości panowie!
Jeśli któraś z kobiet jest teraz w ciąży i mówi, że wie, jak będzie wyglądać jej życie po narodzinach dziecka, to jeszcze nie wie, jak bardzo nie wie. Praktycznie jednego tylko można być pewnym – będzie dokładnie inaczej, niż sobie to wyobrażamy. Zmienia się absolutnie wszystko, począwszy od organizacji dnia, na tematach zwykłych rozmów skończywszy.
Człowiek na przykład nigdy by nie przypuszczał, ile czasu i uwagi można poświęcić kupie. Tak, kupie. Kupa staje się dominującym tematem wymiany zdań, na kupę się czeka z niecierpliwością, a kiedy już się pojawia, wywołuje w nas westchnienie ulgi. W odniesieniu do kupy układa się dzień (nie ma sensu czegoś tam robić, bo jeszcze kupy nie było), kupę się bada i analizuje. Sprawę kupy bez żadnego skrępowania porusza się przy obiedzie. Powiadamia się bliskich – podgryzając jednocześnie udko z kurczaka i oblizując palce ze ściekającego po nich tłustego sosu – że już była i to spora, a na dodatek jakby zielonkawa. Zielonkawa?! O mój Boże! To straszne! Jeśli następna też taka będzie, to trzeba zabierać dzidziora i gnać co sił do lekarza! Obiad idzie w odstawkę, a rodzina gromadzi się wokół zdziwionego tym nagłym zbiorowym zainteresowaniem malucha i z uwagą gapi się w pieluchę, nasłuchując odgłosów zwiastujących nadejście tego, co nieuniknione.
Idziesz do pracy i na pytanie „co słychać?” odpowiadasz, że jest dobrze, bo była kupa. Współpracownicy (ci niemający dzieci oczywiście) patrzą na ciebie ze wstrętem i powoli zaczynają cię unikać, bo ty ciągle tylko o jednym i tym samym. Nie psuje to jednak twojego dobrego humoru (a prawdopodobnie krzywych spojrzeń nawet nie zauważasz), bo kupa była wyjątkowo piękna i dorodna.
Nie ma więc się czemu dziwić, że pierwszym wpisem na tym blogu została uhonorowana właśnie ona. Kupa. Dzierży palmę pierwszeństwa i dzierżyć będzie jeszcze przez jakiś czas. Przed kupą chapeaux bas!
Człowiek na przykład nigdy by nie przypuszczał, ile czasu i uwagi można poświęcić kupie. Tak, kupie. Kupa staje się dominującym tematem wymiany zdań, na kupę się czeka z niecierpliwością, a kiedy już się pojawia, wywołuje w nas westchnienie ulgi. W odniesieniu do kupy układa się dzień (nie ma sensu czegoś tam robić, bo jeszcze kupy nie było), kupę się bada i analizuje. Sprawę kupy bez żadnego skrępowania porusza się przy obiedzie. Powiadamia się bliskich – podgryzając jednocześnie udko z kurczaka i oblizując palce ze ściekającego po nich tłustego sosu – że już była i to spora, a na dodatek jakby zielonkawa. Zielonkawa?! O mój Boże! To straszne! Jeśli następna też taka będzie, to trzeba zabierać dzidziora i gnać co sił do lekarza! Obiad idzie w odstawkę, a rodzina gromadzi się wokół zdziwionego tym nagłym zbiorowym zainteresowaniem malucha i z uwagą gapi się w pieluchę, nasłuchując odgłosów zwiastujących nadejście tego, co nieuniknione.
Idziesz do pracy i na pytanie „co słychać?” odpowiadasz, że jest dobrze, bo była kupa. Współpracownicy (ci niemający dzieci oczywiście) patrzą na ciebie ze wstrętem i powoli zaczynają cię unikać, bo ty ciągle tylko o jednym i tym samym. Nie psuje to jednak twojego dobrego humoru (a prawdopodobnie krzywych spojrzeń nawet nie zauważasz), bo kupa była wyjątkowo piękna i dorodna.
Nie ma więc się czemu dziwić, że pierwszym wpisem na tym blogu została uhonorowana właśnie ona. Kupa. Dzierży palmę pierwszeństwa i dzierżyć będzie jeszcze przez jakiś czas. Przed kupą chapeaux bas!
uśmiałam się nieziemsko, w jak zabawny i niebywale trafny sposób opisałaś nasze skłonności do przesady
Pozdrawiam, Valesca