Wszystko, co chcecie wiedzieć o kupie, ale boicie się zapytać
Kiedy wracam do domu, to najczęściej pierwsze pytanie, jakie zadaję osobie, która opiekowała się moim dzieckiem, brzmi "czy była kupa". Oczywiście nie o kupę dorosłego chodzi, bo produkty przemiany materii są jego prywatną sprawą, a i ja, powiedzmy, wykazuję szczątkowe zainteresowanie tą materią. Chodzi o kupę dziecięcą. Kupa naszych dzieci jest, było nie było, sprawą publiczną.
Potrafimy godzinami deliberować o jej konsystencji, zapachu, kolorze, kształcie i nie przeszkadza nam fakt, że akurat jesteśmy w trakcie obiadu. Jeśli kupa była szczególnie piękna, rodzina (zwłaszcza dziadkowie, którzy rozumieją wagę kupnego problemu) tylko przyklaśnie
Ci, którzy dzieci nie mają, a jakimś cudem czytają tę notkę, zapewne wykręcają się z obrzydzenia. Czekajta, rodacy, zobaczycie, jak się zmienia perspektywa wraz z pierwszym zapełnionym pampersem. Zwłaszcza że pielucha otrzymuje w darze zawartość koloru zielonego, a ty kilka godzin po porodzie rwiesz włosy z głowy i zastanawiasz się, czy to normalne (zielony kolor, nie rwanie oczywiście). Uspokajam – normalne. To po prostu smółka.
Rodzic-debiutant chcąc nie chcąc (raczej nie chcąc) bierze czasem udział w zawodach typu strzał kupą na odległość do celu. Celem jest właśnie on sam, a zawodnikiem jego własny potomek. Strzały czasami zadziwiają precyzją i zasięgiem. Stoisz w odległości dwóch metrów od przewijaka, a i tak nie masz gwarancji, że nie oberwiesz.
O kupie można rozprawiać w nieskończoność. Co więcej, samo dziecie wykazuje zainteresowanie graniczące z fascynacją i naprawdę niejednokrotnie ciężko jest poskromić ręce, które koniecznie chcą zapoznać się z zawartością pampersa podczas przebierania.
Kupę trzeba w końcu docenić i przełamać tabu. Pomogą w tym dwie pozycje, które pojawiły się ostatnio na polskim rynku wydawniczym. Dwie książeczki o kupie. Aż dziwne, że przez wielu rodziców zostały przyjęte z taką rezerwą.
Potrafimy godzinami deliberować o jej konsystencji, zapachu, kolorze, kształcie i nie przeszkadza nam fakt, że akurat jesteśmy w trakcie obiadu. Jeśli kupa była szczególnie piękna, rodzina (zwłaszcza dziadkowie, którzy rozumieją wagę kupnego problemu) tylko przyklaśnie
Rodzic-debiutant chcąc nie chcąc (raczej nie chcąc) bierze czasem udział w zawodach typu strzał kupą na odległość do celu. Celem jest właśnie on sam, a zawodnikiem jego własny potomek. Strzały czasami zadziwiają precyzją i zasięgiem. Stoisz w odległości dwóch metrów od przewijaka, a i tak nie masz gwarancji, że nie oberwiesz.
O kupie można rozprawiać w nieskończoność. Co więcej, samo dziecie wykazuje zainteresowanie graniczące z fascynacją i naprawdę niejednokrotnie ciężko jest poskromić ręce, które koniecznie chcą zapoznać się z zawartością pampersa podczas przebierania.
Kupę trzeba w końcu docenić i przełamać tabu. Pomogą w tym dwie pozycje, które pojawiły się ostatnio na polskim rynku wydawniczym. Dwie książeczki o kupie. Aż dziwne, że przez wielu rodziców zostały przyjęte z taką rezerwą.
Pierwsza opowiada o perypetiach małego kreta, któremu – jak w tytule – ktoś narobił na głowę. Kret próbuje dociec, kto mu taki średnio pachnący numer wykręcił, w celu konsekwencji wyciągnięcia. Czy mu się udało? Nie powiem. Kup książeczkę, to się dowiesz.
Druga książeczka zajmuje się kupą na poważnie, aczkolwiek z dowcipem i wyjaśnia cały mechanizm jej powstawania, a także to, co się z nią potem dzieje. Pokazuje różne rodzaje kup. Sarnie bobki, psie kiełbaski, ptasie guano itp. To nic innego jak poznawanie świata od tej strony. Od tyłu, chciałoby się napisać. Zwierzęta w lesie tropi się przecież po odchodach.
Druga książeczka zajmuje się kupą na poważnie, aczkolwiek z dowcipem i wyjaśnia cały mechanizm jej powstawania, a także to, co się z nią potem dzieje. Pokazuje różne rodzaje kup. Sarnie bobki, psie kiełbaski, ptasie guano itp. To nic innego jak poznawanie świata od tej strony. Od tyłu, chciałoby się napisać. Zwierzęta w lesie tropi się przecież po odchodach.
Kupujemy dzieciom książeczki o królewnach, zajączkach, misiach itp., dlaczego zatem nie zrujnować się na książkę o kupie? Moim zdaniem fantastyczna sprawa.
Kupę zresztą już jakiś czas temu doceniłam literacko. Na swoje możliwości oczywiście. Moje dziecko, kiedy zmieniamy pieluchę, słyszy zazwyczaj taki oto wierszyk:
Kupę zresztą już jakiś czas temu doceniłam literacko. Na swoje możliwości oczywiście. Moje dziecko, kiedy zmieniamy pieluchę, słyszy zazwyczaj taki oto wierszyk:
Proszę państwa, oto kupa.
Kupę nam zrobiła pupa.
Trzeba wytrzeć z kupy pupę,
Żeby znowu było super.
Kupę nam zrobiła pupa.
Trzeba wytrzeć z kupy pupę,
Żeby znowu było super.
Nie muszę dodawać, że słucha z wielką uwagą