Dzieciowo mi! Z dziećmi nigdy nic nie wiadomo. Nigdy ich nie ma, dopóki się nie pojawią.

Kojec – kupić, nie kupić, a jeśli już, to jaki?

nie, 21 cze 2009 · Opublikowane w ABC rodzica-debiutanta
No właśnie, zacznijmy od tego, co po ci kojec i czy w ogóle jest sens inwestować w gadżet, na który musimy wyłożyć między 130 a 700 (sic!) złotych. Przede wszystkim kojec nie jest "przestrzenią życiową" dziecka, nie służy do tego, żeby w nim przebywało godzinami. Nawet nie powinno tak być, bo może to zaburzyć rozwój malucha (ruchowy zwłaszcza). To nie oznacza jednak, że trzeba go unikać jak ognia, i na sam dźwięk nazwy tego ustrojstwa krzyczeć "apage!" i zraszać swoje najbliższe otoczenie święconą wodą. Z mojego skromnego jednodzieciowego doświadczenia wynika, że kojec na pewnym etapie rozwoju bardzo się przydaje.
Okazuje się bardzo pomocny, gdy:

  • musisz najzwyczajniej w świecie posprzątać chałupę, a twoje dziecko postanowiło koniecznie sprawdzić, co się znajduje we wiadrze, do którego ciągle sięgasz (jak się kończy mycie podłóg bez kojca, można zobaczyć tutaj);
  • zorientowałaś się, że ziemniaki gotują się już od półtorej godziny i właśnie ci o sobie przypomniały zapodając z kuchni informację zapachową o gwałtownym nagromadzeniu węgla w przyrodzie. Lecisz w te pędy, dziecię bezpieczne w kojcu czeka;
  • jesteś w trakcie zbierania się na spacer (być może tak jak ja wyprowadzasz swoją "drużynę pierścienia" w postaci dziecka i psa), a jednoczesne zniesienie wózka i dziecka w nim przekracza możliwości wytrzymałościowe twojego kręgosłupa;
  • dzwoni telefon, nie dysponujesz słuchawką przenośną, idziesz odebrać, a dziecię niebezpiecznie znika ci z pola widzenia. Jasne, że można wziąć na ręce, ale tak jakoś się dzieje, że z upływem czasu dziecię waży coraz więcej a nie mniej;
  • pies dostał – pardon le mot – sraczki, bo znów zeżarł coś z trawnika, i teraz rozpaczliwie piszczy pod drzwiami. Masz wyjście: albo czyścisz podłogę z rzadkich psich odchodów (choć mój pies na przykład prędzej padnie niż zrobi w domu, czyli w tym przypadku padłby niechybnie), albo w ciągu trzech sekund wyskakujesz przed bramę, a pies patrzy na ciebie z głęboką ulgą, prężąc ogon nad najbliższą kępką trawy. Dziecię bezpiecznie czeka. Nawet jeśli zapłacze, jesteś pewna, że z kojca nie wylezie, czyli nic sobie nie zrobi;

Można by wymieniać i wymieniać. Słowem, kojec okazuje się zbawienny w sytuacjach nieprzewidywalnych i podczas prac domowych, które musisz wykonać (bo przecież, rany kota, trzeba jakoś mieszkać), co wiąże się ze spuszczeniem oka z dziecka.

Dobrze, tylko jaki kojec wybrać? I znów, bazując na swoim doświadczeniu, ośmielę się powiedzieć to i owo. Można się rzecz jasna ze mną nie zgadzać. Do wyrażenia opinii zgodnych i odmiennych służą komentarze.
Nie sprawdzi się kojec szczebelkowy. O, taki:

Dlaczego? Bardzo łatwo poobijać się o szczebelki, a dziecko w kojcu nie jest ani trochę mniej ruchliwe niż poza nim. Noga gdzieś wylezie jakąś dziurą i trzeba będzie lecieć i ratować. Zabawki będą wypadać przez szczebelki (lub zostaną "wypadnięte" z premedytacją) i ty co chwila przychodzisz i podajesz. Lepsze są kojce, które wyglądają jak łóżeczka turystyczne. Ba, samo łóżeczko może od biedy spełnić taką funkcję. W razie uderzenia nic nie zaboli, a zabawki można wyrzucać tylko górą, a to jest już znacznie trudniejsze. Kojce z siateczką posiadają bardzo praktyczne uchwyty. Dzieci (przynajmniej moje) bardzo lubią ich dosięgać, a kiedy już dosięgną, trzymają mocno i w ten sposób ćwiczą stanie. To chyba dzięki kojcowi moja mała szybko nauczyła się wstawać.


Mamy bardzo podobny kojec do przedstawionego na tym zdjęciu, tylko bez tych słoneczek po bokach.

Kojec przedstawiony na zdjęciu powyżej spełnia niezbędne kojcowe minimum i na dobrą sprawę taki wystarczy. Najlżejszy jednak nie jest i dość ciężko się go transportuje, ponieważ są ograniczone możliwości złożenia go. Podłoga takiego kojca jest twarda i żeby dziecku było wygodnie, trzeba ją zaścielić grubym kocem albo najlepiej wykombinować jakiś minimateracyk.
Oczywiście jeśli kogś wersja podstawowa nie zadowala, może się zdecydować na kojec ze znacznie bogatszym osprzętem.

Co my tu widzimy? Są kółka – to plus. Taki kojec znacznie łatwiej przetransportować do kuchni. Ty sobie spokojnie stoisz przy garach, a twoje dziecko bawi się w kojcu i cieszy się, że jesteś w pobliżu (żadna radość w tym wieku tkwić samemu w innym pomieszczeniu). Można go złożyć do rozmiarów niewielkiej paczki – to drugi plus. Ja bym go jednak nie kupiła. Dlaczego? Bo przez niego niewiele widać. Połowę powierzchni zajmuje materiał w kolorze upierdliwego różu, a miejsca, przez które można patrzeć na świat, zostały jeszcze bardziej ograniczone za sprawą misiów i kwiatków.
Już lepszy jest ten ze zdjęcia poniżej:

Co prawda beznadziejne miśki również zostały umieszczone frontalnie (na wysokości wzroku), ale okno na świat jednakowoż większe. Niech ktoś mi wyjaśni ideę ciepnięcia misia na samym środku siateczki.
Ci, którzy dysponują grubszym portfelem, mogą się szarpnąć na mercedes wśród kojców. Taki full wypas kosztuje około 700 zł (jak pomyślę, że nasz kojec kosztował 170 zł…).

Cóż widzimy? Kojec i łóżeczko za jednym zamachem. Łóżeczko jest podwieszane, czyli można się go pozbyć i umieścić malucha w części kojcowej. Chce spać? Dopinamy łóżeczko i po sprawie. W zestawie mamy również przewijak i pałąk z zabawkami. Siatka zajmuje sporo miejsca, nic nie przesłania świata i żadne idiotyczne miśki nie zajmują pola widzenia. Kółka zapewnią łatwy transport np. do kuchni. Wady? Po pewnym czasie okaże się, że łóżeczko jest umiejscowione za wysoko. Dziecko zaczyna stawać i po ptakach. Mamy dwa wyjścia: kupujemy łóżeczko z nisko umieszczonym spodem albo dzieciak śpi w kojcu. Jedno nieekonomiczne, drugie niewygodne.

No, a jaki rozmiar kojca wybrać? Kojec podłużny czy kwadratowy? My mamy prostokątny o wymiarach 125x 80 cm. Mniejszemu dziecku wystarczy, z większym może być problem. Taki kojec jest dobry, jeśli ktoś nie ma największego mieszkania i nie chce go dodatkowo zagracać. Prostokątny łatwiej transportować do innych pomieszczeń.  Kwadratowy jeśli już ustawisz go w jakimś pokoju, to z przeznaczeniem, żeby stał tam po wiek wieków. Jeśli chcesz go przenieść gdzie indziej, to staje się to upierdliwe, bo dziecko trzeba wyjąć, wywalić zabawki i koc, złożyć ustrojstwo, przenieść (uch, ciężkie!), rozłożyć, zabrać dzieciaka, pozbierać zabawki i w tym momencie puszczają ci nerwy. Uważam jednak, że z punktu widzenia dziecka kwadratowy jest lepszy – więcej miejsca do zabawy.

Może być też tak, że ty wyskoczysz z kasy i kupisz coś pomiędzy rakietą kosmiczną a najnowszym modelem Porsche, a twoje dziecko nie będzie chciało w tym za cholerę siedzieć. Musisz wziąć to pod uwagę. Dziecięcej reakcji nie przewidzisz. Może ono nie zaakceptować nowego ustrojstwa i koniec. Tak było z naszym. Nasze nie lubiło siedzieć w kojcu i żadna siła nie była w stanie tego zmienić. Chwilę się pobawiło (czytaj: ja stawałam na rzęsach, żeby je czymś zająć z myślą, by złapało bakcyla i bawiło się dalej samo), a potem uderzało w bek. Póki uczyło się wstawać, frajdę sprawiało łapanie za uchwyty i podciąganie się do góry. Kiedy jednak tę czynność opanowało, "osprzęt" stracił na atrakcyjności. Dlatego, drogi rodzicu, dobrze się zastanów, zanim wyłożysz pieniądze na najlepszy supermodel polecany we wszystkich pismach dla mam. Potem może ci nie pozostać nic innego jak opchnięcie go na Allegro.

3 odpowiedzi odnośnie posta “Kojec – kupić, nie kupić, a jeśli już, to jaki?”

  1. dziwobaba pisze:

    My na szczęście lub nieszczęście kojcowego dylematu nie mamy: w obecnym mieszkaniu już i tak nawet szpilki nie miałabym gdzie wetknąć. A wspólne sprzątanie (ja sprzątam, a młoda próbuje odgryźć kabel odkurzacza lub zanurkować w wiadrze z wodą) z czasem wcale nie robi się łatwiejsze. W naprawdę kryzysowych sytuacjach wrzucam do łóżeczka.

  2. Agnessa pisze:

    zainwestowałam w kojec szczebelkowy, natomiast w odróżnieniu od tego na zdjęciu wyżej, jest bez podłogi, ma 8 elementów i po zamknięciu Potomek ma przestrzeń do zabawy o powierzchni ok.2x2metry. Metraż dużego pokoju pozwolił na wyselekcjonowanie takiej bezpiecznej Zagrody, którą pieszczotliwie nazywamy również placem zabaw;)

  3. Jeśli chodzi o przekonanie potomka do siedzenia w kojcu, to dr. Spock pisze, że umieszczenie samodzielnie przemieszczającego się dziecka w kojcu najprawdopodobniej skojarzy mu się z więzieniem, dlatego trzeba je zacząć przyzwyczajać do tego mebla zanim nauczy się raczkować (w wieku 3-4 miesięcy). Jestem właśnie na etapie 3 miesięcznego dziecka i wyboru kojca, więc nie mogę jeszcze potwierdzić skuteczności tej metody, ale wytłumaczenie wydaje się sensowne.

A Ty co myślisz?