Odparzona pupa to rzecz nieciekawa. Oczywiście nie o nasz szanowny zad chodzi, lecz o tyłek dziecięcia naszego najmileszym zwanego. Czyichkolwiek jednak dostojnych czterech liter odparzenie by nie dotyczyło, nie jest ono miłe. Kiedy się pojawia, ogłaszamy code red i przystępujemy do natychmiastowej walki. Pół biedy, jeśli mamy do czynienia z takim sobie przeciętnym odparzonkiem, które znika po postraszeniu go sudocremem lub bepanthenem. Co jednak zrobić, gdy na niemowlęcym tyłeczku pojawiają się krwawiące nadżerki?
Przeszłam przez to i nikomu nie życzę podobnych wrażeń. Pisząc o tym nie mogę nie pochwalić mojej małej, która znosiła wszystko bez jednego kwęknięcia, choć musiało ją boleć jak jasna cholera.
Odparzenia dorobiliśmy się za sprawą dwóch rzeczy. Po pierwsze pieluszek. Tak, wiem, że pieluchę zmienia się po każdym karmieniu, a nie trzy razy dziennie. Tak samo jak wiem, że jeśli na pampersie jest oznaczenie "do 9 kilo", to nie chodzi o ciężar zawartości tejże pieluchy. Pampersy Rossmann Baby Dream okazały się niestety strzałem do własnej bramki.
Po drugie samej kupy. Coś zadecydowało (moja dieta), że chwilowo pojawiała się częściej niż przewidywała norma założona przez odwiedzającą nas położną. Jedno połączone z drugim sprawiło, że piorunem, praktycznie w ciągu 24 godzin, zaczerwieniona dziecięca pupa przemieniła się w pokrytą krwawiącymi rankami masakrę. W tej notce będzie zatem o reakcji na akcję. Może ktoś ma podobny problem i będzie to dla niego jakaś wskazówka.
Na pierwszy ogień poszedł Sudocrem. Niestety pudło. Sudocrem jest dobry, jeśli mamy do czynienia z lekkim zaczerwienieniem, które łatwo zwalczyć. Z poważnymi stanami kompletnie sobie nie radzi. Tyłek jątrzył się i tak, bez względu na ilość nakładanego specyfiku.


Następny był Alantan. Producent tak go opisuje:

Preparat stosowany w trudno gojących się ranach, oparzeniach (także słonecznych), przewlekłych stanach zapalnych skóry przebiegających z nadmiernym złuszczaniem i rogowaceniem (m.in. atopowe zapalenie skóry, wyprysk, łuszczyca), płytkich owrzodzeniach, ubytkach skóry i błon śluzowych.

Niestety, odniosłam wrażenie, że po potraktowaniu pupy Alantanem zmiany paradoksalnie jeszcze się nasilają.

Pomyśleliśmy, że przyczyną może być sięgnięcie po specyfik starej generacji, podczas gdy trzeba się skierować ku nowościom. Przyszła kolej zatem na następne wcielenie, czyli Alantan Plus, który zawiera więcej substancji czynnej (że tak ją nazwę). Również bez rezultatu. Trzeba było pójść w innym kierunku.

Położna zaleciła kąpiel z dodatkiem kalium. Działało na krótko, bo wysuszało zaognione zmiany (i o to nam chodziło), lecz po założeniu pieluchy (już innej marki) wszystko wracało do punktu wyjścia. Kalium nie można było stosować w nieskończoność, bo wysuszeniu ulegała cała skóra, a nie tylko zmiany, których chcieliśmy się pozbyć.
Kolejny krok – kąpiel w kisielu. Najpierw przygotowywałam coś kisielopodobnego z mąki ziemniaczanej, co następnie ładowałam do wanienki. Pupa pokrywała się cienką warstwą kisielowego czegoś, co ładnie zasychało po wyciągnięciu dziecięcia z wanny. Efekt byłby fenomenalny, gdyby noworodek mógł się obyć w nocy bez majtasów. Kisiel wyraźnie łagodził i ściągał krwawiące ranki. Niestety noworodki mają to do siebie, że jeśli pochłaniają jedzenie jedną stroną, z równą ochotą pozbywają się jego resztek drugą i najczęściej obie czynności przebiegają jednocześnie. Pielucha to mus. No chyba że mamy dziesięć kompletów pościeli i niezliczoną ilość śpiochów, a poza tym nie mamy nic przeciwno przebieraniu niemowlęcia piętnaście razy na dobę.
Położna drapiąc się w głowę i obserwując brak efektów zaproponowała stosowanie Balneum Baby Krem.

Krem sam w sobie jest fenomenalny i znakomicie potrafi nawilżać suchą skórę. Producent podaje również, że kosmetyk posiada właściwości kojące:

Krem Balneum Baby może być stosowany do pielęgnacji skóry w takich stanach chorobowych, jak łuszczyca, egzema, “rybia łuska”, zapalenie skóry, oraz tzw. “wyprysk pieluszkowy”.

Niestety, o ile za nawilżenie należy mu się pieśń wykonana przez chóry anielskie, o tyle przy wyprysku pieluszkowym działanie można określić jedynie słowem porażka.
Zniechęcona kolejną klęską położna wywiesiła białą flagę i poleciła skontaktować się z lekarzem.
Lekarz obejrzał, podumał, jeszcze raz obejrzał i jeszcze raz podumał, i zalecił wytoczyć cięższe działa. Dostałam rozkaz wykupienia Pimafucortu, czyli maści z antybiotykiem (neomycyną), która dodatkowo zawiera hydrokortyzon działający przeciwuczuleniowo i łagodząco.


 

Pimafucort – wg danych na ulotce – ma zastosowanie w alergicznych chorobach skóry z powikłaniami bakteryjnymi i grzybiczymi. Właśnie tych powikłań bakteryjnych chciała nam doktorka oszczędzić. Jako katalizator reakcji miałam stosować… suszarkę do włosów. Ponieważ maść mogłam aplikować w niewielkich ilościach dwa razy dziennie, w roli głównego smarowacza wystąpił Bepanthen. Bepanthenowi należy się prawdziwy pean, ale o tym innym razem.

Cała procedura wyglądała tak, że ściągałam dziecięciu majty, wodą i delikatnym wacikiem przemywałam zadek, odwracałam człowieka na brzuszek i zapodawałam Pimafucort. Pupę traktowałam ciepłym strumieniem powietrza z suszarki (trzymanej oczywiście w odpowiedniej odległości). Lek pięknie się wchłaniał, a zmiany w oczach łagodniały. Po drodze człowiek zasypiał z pupą wypiętą do góry, bo okazało się, że uwielbia szum suszarki (i ma to po mamusi). Człowiek spał, a ja po pewnym czasie smarowałam ciągle wypięty tyłeczek Bepanthenem. Dziecię leżało bez pieluchy tak długo, jak tylko się dało.
Po kilku dniach można było odetchnąć z ulgą. Choć z odparzeniem walczyliśmy jeszcze jakiś czas, rany zagoiły się i pozostały nieprzyjemnym wspomnieniem. Pozostało znaleźć winowajcę nadprodukcji kup niemowlęcych. I znalazłam. Winnym zbrodni okazały się krążki ryżowe, które lubiłam wcinać. Krążki robione są z brązowego ryżu, nie z białego, przez co mają właściwości rozwalniające. Na dorosłego człowieka wpływ jest niezauważalny, ale maluch karmiony wyłącznie piersią zareagował błyskawicznie. Zmiana diety umożliwiła zatknięcie zwycięskiej flagi na twierdzy wroga.
Uf, co przeszłam, to moje. No, ale sprawdza się zasada, że co nie zabije, to wzmocni. Debiut macierzyński mam  za sobą i jeśli kiedyś zdarzy mi się recydywa, będę wiedziała, co robić, jeśli dla pupa mojego dziecka wyzwie mnie na pojedynek.
Share →

3 komentarzy do Odparzona pupa, czyli poligon doświadczalny rodzica-debiutanta

  1. mikolajowa_mama pisze:

    ja bede spiewac hymny pochwalne bepantenowi, dzieki ktoremu kilka odparzen zadka syna starszego, nie przerodzily sie w koszmar, opisywany przez Ciebie

  2. JOlkaa pisze:

    Hey, mialam ta sama sciezke, jak Ty.
    Pomogla dopiero masc robiona w aptece, przepisana u jakiegos dermatologa dzieciecego (prywatnego niestety, bo walczylismy pol roku!!!), ktora kosztowala, nota bene 5 zl!

  3. wera pisze:

    Jak jak potrzebowałam tej notki…. kurde, dlaczego wcześniej jej nie wyszperałam……….??? Lecę odpalić suszarkę i smarowidła w dłoń!!! Mój mały już dobre trzy tygodnie ma ten problem, ja już na rzęsach chodzę….;/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>