Dzieciowo mi! Z dziećmi nigdy nic nie wiadomo. Nigdy ich nie ma, dopóki się nie pojawią.

Plaga nieodpowiedzialnych matek

pt, 31 lip 2009 · Opublikowane w Życie...
Jadę ja sobie do roboty. Jeżdżę codziennie i jako rasowy wykwit burżuazji i konsumpcjonizmu używam samochodu jako środka lokomocji. Często, bo co parę dni, obserwuję charakterystyczny obrazek miejsko-okołouliczny. Na jezdnię ładuje mi się matka objuczona wózkiem i dzieckiem. Albo matka ciągnąca za rękę swoją może dwuletnią pociechę. Albo pchająca wózek jedną ręką i ciągnąca malucha drugą. I taka matka zwykła ładować się dokładnie tam, gdzie tego robić nie powinna. W dodatku działa z zaskoczenia. Czai się na chodniku i czai, a na ulicę wchodzi właśnie wtedy, kiedy samochód jest już naprawdę blisko. Ja oczywiście hamuję, a ona posyła mi spojrzenie typu „czy ty masz dzieci, lafiryndo?”. Najdziwniejsze jest to, że przejście dla pieszych (z sygnalizacją świetlną!) znajduje się najczęściej dosłownie 7-10 metrów dalej.
Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi jak tego typu sytuacje.
Po pierwsze nie rozumiem, dlaczego nie można ruszyć tyłka i przejść te parę metrów dalej na zielonym świetle. Człowiek ma tendencję do skracania sobie drogi zawsze i wszędzie (stąd na przykład wiecznie zadeptane osiedlowe trawniki), ale naprawdę nie zawsze można to robić zupełnie bezkarnie. Kiedyś ktoś nie wyhamuje na czas i będzie po zawodach.
Po drugie dziecko uczy się poprzez obserwację i naśladowanie. Jeśli od małego matka je przyzwyczaja, że może się władować na ulicę w dowolnym miejscu i ma liczyć na to, że osoba za kierownicą na czas się zatrzyma, to niech się potem nie dziwi, jeśli zdarzy się jakieś nieszczęście. Dlaczego uczy swojego podopiecznego tak destrukcyjnych i nieodpowiedzialnych zachowań? Chyba tylko z własnej głupoty, innego wytłumaczenia nie widzę.
Po trzecie naraża na niebezpieczeństwo również mnie. Kiedyś mi jakieś dziecko wyskoczy nagle pod koła (bo przecież można, no nie? Mamusia tak robi), a ja, żeby uniknąć wypadku, skręcę gwałtownie i sama zatrzymam się na jakimś drzewie. Albo zaliczę czołówkę z samochodem jadącym w przeciwnym kierunku. Albo wjadę na chodnik i potrącę Bogu ducha winnego pieszego. I moje dziecko będzie miało matkę-kalekę albo nie daj Bóg matkę-roślinę, bo jakaś… (jeden, dwa, trzy, cztery…) nieodpowiedzialna mamusia dała „dobry” przykład.
A ty jak przechodzisz? – ktoś się zapyta. Tu akurat nie zachodzi sytuacja z przysłowia, że przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli. Przechodzę zawsze na zielonym świetle i zawsze na pasach. Zawsze. ZAWSZE. Nawet jeśli muszę ruszyć tyłek i z ciężkimi siatami przejść te dwadzieścia metrów. Mało tego. Już teraz wpajam mojej córce, która wysokim „ce” informuje wszystkich dookoła, że „ampa! ampa!”, czyli sygnalizacja świetlna jest i świeci, że jak jest czerwone światło, to stoimy, a jak zielone, to idziemy. Tak samo, gdy wiozę ją w samochodowym foteliku. Czerwone – stoimy, zielone – mamusia jedzie. I już teraz mówię jej, że jak przechodzimy, zawsze musimy się najpierw rozejrzeć. Jasne, że tego jeszcze nie rozumie, ale im wcześniej jej to wpoję, tym lepiej. Jasne też, że nie zagwarantuje to stuprocentowego bezpieczeństwa, ale przynajmniej zminimalizuje ryzyko tragedii.
Matki przechodzące w niedozwolonych miejscach to prawdziwa plaga. Starsze osoby zresztą też. Mam takie już „obczajone” miejsce, gdzie przejeżdżam koło apteki. Praktycznie codziennie jakaś starsza osoba skraca sobie drogę i pruje prosto do aptecznych drzwi. A ulica w tym miejscu jest niezwykle ruchliwa. I właśnie najlepsze jest to, że skrzyżowanie ze światłami jest dosłownie parę metrów dalej. I gdyby nie to, że natężenie ruchu jest tam szczególnie duże, to zatrzymałabym się, wysiadła i powiedziała takiej osobie, co myślę o tym sposobie utrudniania życia innym. No, ale jak stanę, to mnie pewnie zlinczują.
Stąd mój apel. Uczmy nasze dzieci od małego prawidłowych zachowań społecznych i dawajmy im dobry przykład.
Słowa kluczowe:

A Ty co myślisz?