Szósta rano, dziecko radośnie po mnie skacze, udowadniając dobitnie, że natura wyposażyła ją w spory zapas sił. Chwytam się jedynego skutecznego koła ratunkowego.
- Jadziu, przynieś książeczki, poczytamy.
- Nie mogę.
- Dlaczego?!
- Bo nie.
I koniec. Nie pytaj, kobieto, i tak nie powiem. Co to będzie za osiem miesięcy, kiedy faktycznie skończy dwa lata?


Kalendarz ciąży

Coś w tym jest. Pamiętam, jak z 2,5 letnim synkiem i sześcio miesięcznym brzuchem próbowałam wyjść ze sklepu, a właściwie wytargać z niego dziecię starsze i zbuntowane. Nie chciałam czegoś dać. Tłum ludzi, wrzask, matka-Polka spanikowana na amen. Jeśli przy okazji jeszcze próbujesz negocjować, tłumaczyć, albo przynajmniej wychowywać jako tako (bo o uspokojeniu tu się nie myśli nawet) szanse są żadne. Panie starsze patrzyły na mnie jak na wariatkę, panowie wzrokiem pokazywali mi: daj babo głupia, drzeć się przestanie, a dziewczyna jedna nawet przechodząc oświadczyła wyjątkowo dobitnie, że ONA dzieci mieć nie zamierza.
) Przy trójce, wejść do sklepu ze wszystkimi jeszcze nie próbowałam. Mam nadzieję, że nastąpi to jak Jagoda przekroczy trójkę.
Pozdrawiam – Asia
No cóż… O zakupach wiem już co nieco z racji posiadania 3 potomstwa, o buncie 2-latka też co nieco – bo dwoje przekroczyło już ten „magiczny” wiek ( jedno jakieś 9 lat temu i teraz wchodzi w kolejny trudny wiek, a drugie jest właśnie w fazie – czyli ma 2,5 roku:))Napisać chciałam o sytuacji jaka mi sie przydarzyła z pierwszym młodym… Otóż miał on wtedy ok 2,5 lat – byliśmy na poczcie, na której to opłacić musiałam jakiś pilny rachunek (gdybym to wtedy mogła mieć konto internetowe…). Ja stoję przy okienku z wybebeszonym portfelem bo pani potrzebowała jakichś drobnych, u stóp walają mi sie świeże zakupy w sporej ilości a mój cudny syn nie zważając na kategoryczne protesty z mojej strony wyrwał radośnie prosto w otwierające się i zamykające automatycznie drzwi!! Miałam błyskawiczną wizję jego odciętej przez te automaty głowy i o mało obłędu nie dostałam bo pani w okienku coś mi tam brzęczała a smyk walił prosto w te drzwi, które zresztą zamykały mu sie przed samym nosem. Zdenerwowałam się pieruńsko i przyznaję „przyciągnęłam” młodego do okienka na siłę. Migiem zakończyłam opłaty i pozbierałam dobytek. Oczywiście przy wyjściu syn zaczął się wyrywać ale mój uścisk był silniejszy. Mały zaczął się wić jak piskorz a ponieważ przy samej poczcie jest ulica i nie ma przy chodniku takiej barierki zabezpieczającej, więc trzymałam naprawdę mocno, żeby mi dodatkowo pod samochód nie wleciał. I oto nagle usłyszam: No i czego to dziecko tak szarpie???Takie suki to dzieci nie powinny mieć!!! Słowa wypłynęły, ba – wypadły z hukiem z ust starszej mijającej nas paniusi, która ku mojemu późniejszemu zdziwieniu poszła prosto do kościoła…
No pewnie – powinnam pozwolić żeby syn stracił głowę w drzwiach a resztę która by została niechby coś rozjechało… i tak by się nie przydała!!! Wtedy byłabym pewnie stawiana za wzór!! Od tamtej pory gwiżdżę totalnie na to co słyszę w sklepach i nie patrzę na reakcję otoczenia. Dla własnego komfortu psychicznego:) czego też z serca wszystkim rodzicom życzę:)