Kupujesz gotowe obiadki dla dzieci (Hipp, Gerber, Bobovita)? Masz prawo. Ja też tak robię. Głównie wtedy, kiedy z jakichś przyczyn okazuje się, że znowu się nie wyrobię i obiad trzeba kupić, a nie upichcić. Pewnie też zależy Ci na tym, żeby dziecko dostawało odpowiednią porcję mięsa, prawda? No, bo żeby silne było i te sprawy? Jasne, mi też zależy. Dlatego niezwykle pouczające było dla mnie to, co napisano drobnym druczkiem na dole strony wielgachnego artykułu promocyjnego obiadków Gerber w Twoim Maluszku z sierpnia (8/2009). Artykuły promocyjne to specjalność tego pisma. Właściwie jest ono jedną wielką reklamą i niczym więcej, ale, jak się okazuje, i reklama może człowieka uświadomić.
No, to od czasu lektury uważnie patrzę na nazwy potraw. Co innego „Indyk”, co innego „Indyk z warzywami”, a jeszcze co innego „Warzywa z indykiem”. Nazwa potrawy mówi o zawartości indyka w indyku, czyli o tym, w jakim stopniu „umięsiony” jest posiłek dla dziecka. I co? No i w „Indyku” jest go… nie, nie 100%, tylko aż 40%. „Indyk z warzywami” zawiera powyżej 10% mięsa, a „Warzywa z indykiem” powyżej 8%.
Pierwsze, co zrobiłam, to pognałam z wywieszonym jęzorem do najbliższego hipermarketu i rzuciłam się z pazurami na półkę z obiadkami dla dzieci. Co widzę? Gerber ma rację. Z tym że praktyka ta jest ogólnoproducencka. Hipp i Bobovita mają dokładnie tak samo. Drugie spostrzeżenie było takie, że ciężko w ogóle znaleźć obiadek o nazwie „Indyk z…”, „Cielęcina z…”, „Kurczak z…”. Jeśli już, to mamy „Risotto z warzywami i łagodnym indykiem”, „Spagetti po bolońsku”, „Warzywa z cielęciną i kaszą” i jeszcze inne kombinacje. Wszędzie tam, gdzie jest na początku nazwy warzywnie, a mięsnie dopiero na końcu, zawartość mięsa waha się między 8 a 10%.
No, to teraz policzmy. Kupuję obiadki dla dzieci powyżej 9. miesiąca życia lub dla roczniaków (te dla półtoraroczniaków są ciężkie do dostania, niczym się nie różnią w konsystencji i składzie, a są po prostu ciut większe, za to znacznie droższe). Taki obiadek waży średnio 190 g. Zawartość 8% mięsa oznacza, że jest go całe 15,2 grama! Półtora deko z haczkiem. Ilość zaiste oszałamiająca.
Sprawdzam skład na każdym słoiczku dokładniej. Wychodzi na to, że gotowe obiadki dla dzieci to głównie warzywa (ponad 50%), często przecier pomidorowy (13%) – a propos, zauważyliście jak mało jest dań niepomidorowych? – jakieś kasze, makarony lub ryż (kilka procent), no i właśnie to mięso.
Zadaję sobie pytanie, czy jeśli te produkty są – jak się trąbi – opracowane przez najlepszych specjalistów i prawidłowo zbilansowane pod względem żywieniowym i mogą zastąpić jedzenie domowe, to czy dzieci naprawdę potrzebują tak mało mięsa? Półtora deko dziennie? Albo więc my jesteśmy ponad miarę mięsożerni, albo ktoś z nas robi niezłego wała.
Debiutuję w roli matki a na dodatek nie jestem dietetykiem, ale coś mi się widzi, że te półtora deko to ilość raczej niewystarczająca do prawidłowego rozwoju. Dlatego obiadki kupne urozmaicam. Najczęściej dodaję masło i właśnie mięso (jak je mam).
Przeżyłam, ot, kulinarne oświecenie.
Tagi:  
Share →

3 komentarzy do Gotowe obiadki dla dzieci a sprawa mięsna

  1. katka pisze:

    Też daję mojemu Żukowi słoiczkowe obiadki. Pierwsza myśl po przczytaniu Twojego wpisu to: Kurde, znowu wielkie korporacje nas rżną w dupsko mamiąc pseudo naukowymi uzasadnieniami(wiem, że mało kulturalna, ale niestety jeśli chodzi o dziecko to reaguję bardzo emocjonalnie). Druga: trzeba wniknąć w temat. Dotarłam do schematu żywienia dziecka w pierwszym roku życia opracowanym przez ministerswo zdrowia. W 10-12 miesiącu życia dziecka, mięsa (lub ryby) należy się 15-20gramów dziennie. Hmmmmm… Moze nie jest z tymi Gerberami, hippami i bobovitami tak źle?

  2. jola-gr pisze:

    obojetnie co pisza w gazetach, reklamach – wielkie korporacje zywieniowe robia nas w balona. Kiedy wyjechalam do Grecji, mocno sie zdziwilam dlaczego nie ma tam takiego wyboru jedzenia sloiczkowego, jaki jest w Polsce. Uswiadomila mnie lekarka – ze przeciez swieze jest znacznie lepsze dla dziecka, niz konserwowane/pasteryzowane/przetworzone. Wiemy co wkladamy do gara, a tam? musimy tylko wierzyc na slowo pisane. Dalo mi to duzo do myslenia! Grecy „nie kupili” marketingowego oszustwa.

    Podobna sprawa z kaszkami. Fajne sa, nie powiem. Zalewasz woda i gotowe. Ale czy tak pozywne jak naturlane, swiezo przygotowane? Watpie. Przezucilam sie na wlasne gotowanie. Taniej, zdrowiej i wcale nie tak klopotliwie. Jesli sie krzysta ze schematu zywieniowego czyli planu co bedzie jesc rodzina przez caly tydzien. Jakby ktos chetny, moge sie podzielic kilkoma przykladami.

  3. pena pisze:

    Widzicie kochane fajnie by było coś ugotować samemu dla młodego.. i nawet czasem mi się udaje znaleźć na to czas. problem jest taki, ze on nic poza słoiczkami do ust nie weźmie..nie ma mowy. Pociamka i wsadzi palce w paszczę w sugestywnym „bleeeee” na ustach.
    I żaden sprawdzony przepis nie działa.Macie jakąś radę?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>