Czy jesteś dobrą matką?
Nie męczy was to pytanie? Mnie spędza sen z powiek. Tak już matki-debiutantki mają, że chcą być najlepsze. A przynajmniej lepsze niż inne matki jednodzieciowe. I nieustannie myślą o tym, że jednak coś robią nie tak. Rozwiązywałyście już jakieś testy na to, jakimi jesteście matkami? He, he, no to witajcie w klubie. Oczywiście w każdym teście wypadam wspaniale. Wróć. NIGDY nie jest odpowiednio wspaniale. Co najwyżej przyzwoicie. Wypadam więc przyzwoicie niezależnie od tego, jakie opcje zaznaczę. To jest właśnie cechą charakterystyczną takich testów, że nie ma żadnych szans na jakieś konkretne uwagi krytyczne.
I bardzo dobrze. Myślę sobie, że dobrze by nam, matkom początkującym, sprawiło wrzucenie na luz. Ba! Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Jak się wyluzować, kiedy wieczorami zadręczają człowieka myśli, że konsekwencje dzisiejszych poczynań odbiją się na dziecku za lat dwadzieścia? Taki matczyny efekt motyla: wybór niewłaściwej pieluchy zaskutkuje u potomka późniejszym chronicznym bezrobociem. Lub coś w tym sensie. O, albo wieczna troska o to, czy przypadkiem nieświadomie nie krzywdzi się malucha? Albo że poświęca się mu nie dość czasu? Albo że to i tamto można było, do jasnej ciasnej, zrobić lepiej? Bo skoro czegoś nie zrobiłam dobrze, to znaczy, że nie jestem dobrą matką, tylko złą. Macie tak?
Popatrzcie, ile sobie fundujemy stresu na własne życzenie.
Nie ma złych matek – może powiedzieć ktoś uspokajająco i poklepie po ramieniu. O nie, nie zgodzę się. Bywają matki złe, bywają i matki-potwory. Ale dam sobie rękę odciąć, a może i dwie plus nogę, że żadnej z nich nigdy nie nękały i nie nękają takie pytania, jak mnie czy was. Bo jeśli stajesz na uszach, przychylasz nieba i codziennie jesteś żeńskim wcieleniem MacGyvera, to nawet jeśli ci coś nie wyjdzie (a pewnie często nie wychodzi, bo ludzi idealnych nie ma), to wszystko jest z tobą w porządku, a twoje dziecko jest w dobrych rękach.
Tak się jeszcze zastanawiałam, dlaczego młode matki tak bardzo chcą znaleźć w różnych testach odpowiedź na pytanie, czy dobrze wywiązują się ze swojej roli. I wiecie, co mi przyszło na myśl? Że za rzadko o tym słyszą na co dzień. Wiecie, chodzi mi o pierdoły typu: „Ależ ty sprawnie zmieniasz tę pieluchę!”, „Kupiłaś bluzę ze Spidermanem? Ale czad!”, „O, kupiłaś jego ulubione danonki” albo po prostu „Ależ to dziecko roześmiane przy tobie”. Mówmy to sobie, mówmy jak najczęściej. Nic tak nie podnosi morale rodzica. Nie tylko matki rzecz jasna. Ojcowie-debiutanci niech też się poczują docenieni.