Dzieci, jak wiadomo, atakują z zaskoczenia. Pojawiają się w najmniej oczekiwanym momencie i zawsze nie w porę (przecież nigdy nie ma dobrego momentu na zajście w ciążę i urodzenie dziecka, prawda?), a potem w zależności od nastawienia jest euforia rodzinna bądź też masz babo placek. Ludzkość od zarania dziejów starała się te dziecięce wyskoki uczynić trochę bardziej przewidywalnymi i zapewnić sobie czasem przyjemność bez konsekwencji. Jak się jednak okazuje, i przyjemność nie była stuprocentowa, i konsekwencje potrafiły wyróść jak spod ziemi. Dziś zatem o tym, jak to było drzewiej, kiedy antykoncepcję stosował ON i nie rzucał "myślałem, że się zabezpieczyłaś".
Prezerwatywa - bo o niej mowa - znana była już w czasach starożytnych. Na początku używano - uwaga! - płóciennego woreczka.
Na Teutatesa, nie mam pojęcia, jak to można było robić z workiem na penisie, i jak mocne musiało być wiązanie, by się całość nie zsunęła, ale widać wierzono w zasadę, że dla chcącego nic trudnego. Woreczek nasączany był często... nieorganicznymi solami. To już zakrawa na sado-maso.
Z biegiem lat ludzkość przejawiała w tej dziedzinie coraz większą pomysłowość. Sięgnięto po jelita zwierzęce. Baranie, świńskie i kozie. Okazało się jednak, że zupełnie bezkonkurencyjna i oferująca najbardziej, hmm, anatomiczny kształt jest owcza ślepa kiszka. Na czas radosnego fiku-miku dobrze było mieć przygotowane ciepłe mleko i przed zastosowaniem tak nowoczesnej antykoncepcji, zanużyć "kondom" w mleku tymże. Dlaczego? Nie takie głupie to było. Wierzono, że w ten sposób można uniknąć rozmaitych zakażeń. Bakterie kwasu mlekowego działają na pochwę zbawiennie. Kłania nam się np. Lactacyd Femina.
Skąd w ogóle nazwa kondom? Od nadwornego medyka angielskiego króla Karola II (XVII w.). Król dysponujący imponującym libido i imponującą ilością małoletnich konsekwencji swoich wyczynów postanowił nieco spowolnić przyrost ilościowy potomstwa (dzieci to, jak wiadomo, finansowa studnia bez dna) i kazał swemu lekarzowi coś wymyślić. Lekarz o nazwisku Condom (lub Contom - różne wersje) zaproponował właśnie zwierzęce jelito. Król był widać zachwycony, rozreklamował nazwisko medyka i... zapewnił mu trwałe miejsce w annałach historii.
Jednego nie powiedziałam. W tamtych czasach prezerwatywa była... wielokrotnego użytku. To była metoda dla bogatych. Dajcie spokój, nie było prosto uszyć odpowiedni płócienny woreczek (brano miarę czy jak?) i nikt nie mógł sobie pozwolić na rzeź stada owiec w celu zdobycia odpowiedniej ilości ślepej kiszki dla swoich łóżkowych wyczynów.
Kiedy powstała pierwsza prezerwatywa podobna do dzisiejszych? W 1855 roku. Wyprodukował ją Charles Goodyear. Tak, tak, ten od opon samochodowych. Kondom był z kauczuku, a po użyciu należało go umyć, nanizać na specjalny stojaczek i... użyć ponownie.
Od 1912 roku pojawiają się prezerwatywy cieńsze i bezszwowe (rany, jak tak pomyślę, to seks był wtedy dla kobiety drogą przez mękę). Koszty produkcji spadły do tego stopnia, że można było wypuścić na rynek produkt jednorazowego użytku.
A dzisiaj? Dzisiaj to mamy orgię barw, smaków i zapachów. A bywa, że i kształtów.
No, to następnym razem notka o tym, w jaki sposób zabezpieczała się ONA.









2 komentarze:
a moze uda ci sie dotrzec do historii podpaski, co? bardzo mnie to kiedys intrygowalo, ale w sieci nie dokopalam sie zadnych konkretnych informacji.
Świetne! Uśmiałam się zdrowo :D Pozdrawiam!
Prześlij komentarz
Zobacz także: