Odstawianie smoczka – epilog
Wracamy z tarczą, a bój wcale nie był zażarty. Właściwie nie było go wcale. Smoczek odstawił się sam. Pierwszej wody czarnowidztwo uprawiałam w pierwszej notce dotyczącej smoczkowego odwyku. Tymczasem oręż i metoda walki zostały wybrane właściwie nie przeze mnie. Podchodziłam do zagadnienia jak pies do jeża, a tymczasem któregoś dnia po powrocie do domu usłyszałam, że mój mąż wypieprzył w cholerę wszystkie smoczki. Konkretnie je schował, ale można je było na razie uważać za zaginione. Ja dokończyłam dzieła, nieodwracalnie umieszczając je w kontenerze. Bez wiedzy najbardziej zainteresowanej rzecz jasna.
I co? I nic. Radykalne niecesarskie cięcie. I nic. Postanowiłam odtrąbić wczesny sukces, bo mała nie tylko nie wzdycha za rajem utraconym, ale jeszcze powieka jej nie drgnie, kiedy ma okazję widzieć dziecko wyposażone w smoczek. Przetrenowałam nawet rozmowę na temat smoczków w jej obecności i też nic. Jakby najlepszy przyjaciel nigdy nie istniał.
Co więcej – nie zabiera się za ssanie palca, czego się najbardziej obawiałam. Smoczek został definitywnie wycięty z życiorysu. Zasypia bez problemów tak w dzień, jak w nocy. To znaczy teraz są problemy, ale nie z powodu smoczka, a grypy jelitowej, która sprawia, że młodzież efektownie pozbywa się płynów dołem i górą na zmianę. Noce zarwane, padamy na pyski.
Ale smoczkom mówimy adieu.