Tak mi się jakoś Proustem w tytule pojechało. Tragedia się stała, no! Zaginęła książka z przygodami jednego przemiłego capa, co mu rodzice Matołek dali. Młoda uwielbia Matołka (ma to po swojej matce), bo po pierwsze "kujaja jedzie stuś" (Koziołek jedzie na strusiu), a w pewnym momencie faktycznie jedzie, nie da się ukryć, po drugie "kujaja jedzie soń" (zwierza się domyślacie) i to również się zgadza.
Ja jestem świetna w gubieniu rozmaitych rzeczy. Potrafię zapodziać wszystko od pudełka zapałek po samochód włącznie w najmniej oczekiwanym momencie. Ze zgrozą zatem stwierdzam, że moje dziecko nie tylko odziedziczyło talent po rodzicielce, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że uczeń przerósł mistrza.
No i zgubiłyśmy tego cholernego Koziołka. Wszystkie cztery księgi, psia mać. Najlepsze jest to, że zgubiłyśmy we własnym domu, wyparować więc nie mógł (rozważyłam zatopienie w toalecie, rzut za pralkę lub łóżko lub wpych pod wannę), a za Chiny nie możemy znaleźć. Jak nie znajdę, kupię znowu, z rozpaczy i z miłości. O bytność w księgarni się nie martwię, bo to na szczęście lektura dla klasy bodajże czwartej.
I teraz cały wic polega na tym, że kontynuujemy odwyk od smoczka. Nagły, radykalny i z zaskoczenia. Skutecznie i z sukcesem. A mała zamiast jęczeć o "momo", nieustannie zawraca gitarę o "kujaję". Dzie je kujaja?
No gdzie ta (...) kujaja?! Bo przecież nie w Pacanowie!







0 komentarze:
Prześlij komentarz
Zobacz także: