Zły dotyk z Internetu
Czas się z tym pogodzić. Młode pokolenie dorasta w zupełnie innych czasach niż my. Ja byłam na etapie czarno-białego telewizora i magnetofonu Grundig, a telefon był tylko z kabelkiem (no bo jak bez?!). Dziś hucznie świętujemy „dzień pierwszej komórki”, a brak w tymże dniu quada, laptopa lub co najmniej PS3 wśród prezentów to obciach taki, że lepiej się potem w szkole nie pokazywać. My odkrywaliśmy najpierw komputery, potem Internet, a dla naszych dzieci dostęp do www jest tak normalny jak to, że po ulicach jeżdżą samochody. Chcemy czy nie chcemy, musimy nasze pociechy wychowywać inaczej, niż robili to nasi rodzice z nami.
No dobra, ten przydługi wstęp był mi po to, żeby parę słów napisać o programie Teraz My, który zdarzyło mi się wczoraj oglądać. W programie poruszono problem wykorzystywania seksualnego dzieci. W każdym zakresie, od molestowania po pedofilię.
Tutaj zrobię mały przerywnik, by napisać, jak niesamowicie wpienia mnie nadużywanie słowa „molestowanie”. Zrobiono z tego jakiś cholernie niejasny znaczeniowo eufemizm, w który można wpakować wszystko. Słyszymy w mediach, że dziewczynka czy chłopiec byli molestowani, przez co dziewczynka zaszła w ciążę, a chłopiec ma rany wokół odbytu. No chwila. Dla mnie molestowanie to wkładanie – pardon le mot – ręki do majtek lub pod bluzkę, czyli tzw. inne czynności seksualne. Nazwijmy rzecz po imieniu bez owijania w bawełnę: dziewczynka i chłopiec zostali zgwałceni. Żadne tam ukradkowe pierdu-pierdu. Panowie dziennikarze, panie dziennikarki! Apeluję o odrzucenie asekuracyjnego posługiwania się słowem „molestowanie”. Nazywajcie gwałt gwałtem, bo do przeciętnego odbiorcy w ogóle nie dociera, że stało się coś złego!
Dobra, a teraz wracam do programu. Chciałam się zatrzymać nad zdaniem, które wprasowało mnie w krzesło. Jak może wiecie kodeks karny przewiduje w Polsce karę za gwałt do 15 lat więzienia. Nie ma tu rozróżnienia, czy gwałt jest na dziecku czy na osobie dorosłej. I teraz wisienka na torcie. Wiecie, jak dużo osób dostało kary większe niż 5 lat za pedofilię? Dwadzieścia. Dwadzieścia OSÓB, nie dwadzieścia procent skazanych. Większość dostaje – uwaga – kary w zawieszeniu. W zawieszeniu! Skutek jest taki, że tylko w papierach będzie, że byli karani. Normalnie mogą sobie działać dalej. Co najwyżej jakby chcieli się zatrudnić w służbach mundurowych, to będzie problem ze świadectwem o niekaralności.
A teraz po co to piszę? Bo każdy z nas, ja też, stanie prędzej czy później przed faktem, że dziecko zacznie korzystać z komputera i wszystkiego, co niesie z sobą Internet. Jak to zrobić, żeby otworzyć mu drzwi do prawdziwej kopalni wiedzy, jaką jest sieć, a jednocześnie odgrodzić od niebezpieczeństw? Jak kontrolować, by nie czuło się stłamszone i na uwięzi? Jak nakierować na dobre strony Internetu, a odciągnąć od złych? Czy rozwiązaniem jest blokada chatów, odinstalowanie gadu-gadu i czytanie korespondencji? Chyba jednak nie.
Wariatka, dziecko ma rok i osiem miesięcy, a ta się już zastanawia. A zastanawiam się, bo ani się obejrzę, a będzie miało dwanaście. A odpowiednią strategię ochronną chciałabym wypracować sobie wcześniej. Dlaczego? Dlatego, że w przypadku tragedii nie będzie można dojść sprawiedliwości. Jak pokazuje życie i statystyki sądowe, pedofilom zazwyczaj się upieka, a dziecku funduje się horror w postaci wielokrotnych przesłuchań.
Nie można o tym nie wspominać. O wykorzystywaniu dzieci. Nie można zamykać oczu i udawać, że problem nie istnieje, a już na pewno nie spotka mojego dziecka. My, rodzice, musimy być bardzo czujni, a jednocześnie tolerancyjni i roztropni. Tym bardziej że żyjemy w czasach, gdzie świat wirtualny funkcjonuje obok rzeczywistego (słowa „real” nie ma w moim słowniku, grrr…) i oba przeplatają się nawzajem. Koleżanki poznaje się w szkolnej ławie i na chatach. Pielęgnujemy internetowe przyjaźnie. Mnóstwo czasu sami spędzamy przed monitorem, a nasze dzieci z pewnością będą robić to samo.
Uff, obym jako rodzic wywiązała się odpowiednio z zadania. Czego sobie i wam życzę.