Horror stories – czego się nasłuchasz przed porodem
Boicie się porodu lub bałyście się, jeśli jesteście już po? Wcale się nie dziwię. Ja się trzęsłam jak osika i to nie dlatego, że na sali operacyjnej było zimno jak w chłodni (czy anestezjolodzy pochodzą w prostej linii od polarnych niedźwiedzi?). Trochę się przed porodem nasłuchałam, przede wszystkim od sąsiadek, ale też i z innych źródeł. Co wchłonął mój narząd słuchu?
Po pierwsze hit hitów, czyli dziecko owinięte pępowiną. Jak to tej i owej dziecko się owinęło i na świat przyszło oczywiście jakie? Tak jest, martwe. Tymczasem 1/3 dzieci rodzi się owinięta pępowiną. Niektóre się owijają i odwijają po kilka razy w czasie ciąży, co mogłam stwierdzić na przykładzie mojej własnej Jadzi w comiesięcznych badaniach USG, która ostatecznie przyszła na świat owinięta i dostała 10 punktów w skali Apgar. Gdyby każde owinięte się dusiło, to wyginęlibyśmy jeszcze szybciej niż mamuty i nie potrzeba by było żadnego wielkiego zlodowacenia, żeby nas sprzątnąć z powierzchni ziemi. W pępowinie jest galaretowata substancja Whartona, dzięki której jest śliska i właściwie nie da się nią ostatecznie owinąć. Jeśli słyszysz, że dane dziecko owinęło się i zmarło, to przyjmij, że przyczyna śmierci najprawdopodobniej była inna.
Po drugie zespół nagłej śmierci łóżeczkowej. To się zdarza, ale pamiętaj, że jest to sytuacja niezmiernie rzadka (raz na 4 tys. urodzeń). Można bez problemu zminimalizować niebezpieczeństwo niemal do zera przy zastosowaniu kilku prostych pomysłów (było już o tym tutaj).
Po trzecie znieczulenie podczas cesarki. Że może nie zadziałać i wtedy kroją człowieka na żywca. Spokojnie. Lekarze sprawdzają, czy zadziałało.
Po czwarte dziecko podczas cesarki pocięli. Zdarza się, że się zadraśnie, np. córeczka mojej współspaczki miała draśniętą główkę, ale na Boga, draśniętą! Coś jak zadrapanie. Na drugi dzień nie było śladu. Nie ma możliwości poderżnięcia gardła.
Po piąte ta i tamta, zanim urodziła, to poroniła sześć razy, a urodziła tylko dlatego, że przestała odwiedzać lekarzy. Hmm, nie wiem, kogo ona tam odwiedzała, ale kontakty z toksyczną rodziną powinna ograniczyć z całą pewnością.
Po szóste podczas cesarki wbijają ci do kręgosłupa wielką i zakrzywioną igłę. Fakt, igła jest długaśna i zakrzywiona, ale ukłucie w ogóle nie boli. Miejsce wkłucia znieczula się takim psik-psik, a samo wprowadzenie igły czujesz jako lekkie mrowienie i koniec.
W rewelacjach okołoporodowych celowała moja sąsiadka. Od niej wiem też, że główka ząbkującego dziecka może rozpuknąć się w kawały, jeśli ząbki wychodzą wszystkie na raz, oraz to, że nie wolno patrzeć na nowo narodzone dziecko w łóżeczku, bo rzuci się na nie urok (zresztą mity na temat ciąży i macierzyństwa można przypomnieć sobie tutaj).
Niestety do powstania horror stories czy w ogóle do wzmożonego stresu u ciężarnych przyczynia się też sam personel medyczny.
Kiedy leżałam na podtrzymaniu w szpitalu razem ze mną i innymi ciężarnymi na sali położono kobietę, która dopiero co poroniła. Dla niej to była męczarnia i dla nas też, bo przecież każda z zagrożoną ciążą. Ordynator zresztą podczas obchodu zwrócił personelowi uwagę, że powinni nieco inaczej rozlokowywać kobiety po salach.
Kolejna sytuacja: obchód jak co dzień i lekarz zaraz po wejściu do sali obwieszcza:
- Jezu, co to się dzieje, z gwałtu przywieźli. Dziewczyna wracała wieczorem z pracy tramwajem linii [pipipipi], przyuważył ją facet i, kiedy wysiadła, zaciągnął w krzaki.
Dobrze, że jej palcem nie pokazał. Na tak małym oddziale wiadomo, kto przychodzi i kto wychodzi. Co za skandaliczny brak wyczucia i dyskrecji! No i wiadomo, że jakoś szczególnie terapeutycznie na nas te nowiny nie podziałały.
Wydaje mi się, że gdyby nasza służba zdrowia funkcjonowała lepiej, straszliwe historie pojawiałyby się zdecydowanie rzadziej. No i jeszcze ta nasza prywatna typowo ludzka żądza sensacji.
Rada dla ciężarnych? Cokolwiek usłyszycie, podzielcie przez dziesięć.
Jeśli nasłuchałyście się czegoś, o czym ja nie napisałam, zapraszam serdecznie, można się dorzucić.