Jak sobie radzić z buntem dwulatka?
Dwóch lat jeszcze nie mamy, ale bunt dwulatka wszedł już najwyraźniej w fazę realizacji. Ja pierniczę, ależ to jest wnerwiające! I weź tu, rodzicu, zachowaj spokój.
„Ale sobie baba bachora wychowała” – myślałam jeszcze jakiś czas temu, kiedy widziałam nierówną walkę toczoną na środku ulicy między młodocianym a jego rodzicielką. Ryk wydobywający się z gardła tego pierwszego był taki, jakby to nie matka była, a co najmniej Kuba Rozpruwacz. Patrząc, jak młode pada na ziemię i zaczyna czyścić kurteczką kostkę brukową w promieniu dwóch metrów, powtarzałam sobie w myślach to, co mówią wszystkie nieświadome przyszłości matki: „Z moim dzieckiem tak nie będzie”.
No, to mnie teraz twarda rzeczywistość sprowadziła do parteru. Jadźka jest teraz na etapie takim, że ma swoją własną koncepcję każdej czynności, którą podejmuje. Charakterystyczne dla tych koncepcji jest to, że są drastycznie sprzeczne z moimi. Kiedy mówię, że czegoś tam nie zrobimy, albo zabierzemy się za to potem, młoda zaczyna przedstawiać argumenty, mające wymóc na mnie zmianę decyzji. Argumenty są nie tyle nie do obalenia, co ciężkie do wytrzymania. Jadźka włącza syrenę i zaczyna zapodawać tak wysokie tony, że ociera się niemal o ultradźwięki. Potem następuje zajęcie pozycji horyzontalnej (dźwięki przeszywające klatkę schodową po strych trwają nadal) i walenie nogami i rękami w podłogę. Rany, nie zdziwię się, jeśli ktoś kiedyś wezwie policję.
I co teraz? Ileż można wytrzymać? Poddać się? Nie ma niestety takiej opcji. Wywieszenie białej flagi spowoduje to, że mała uzna stosowane przez siebie metody jako skuteczne. Będę zgubiona. To jak sobie radzić?
- Po pierwsze nie podnosić głosu. Nie ma sensu. Krzyk powoduje reakcję odwrotną do spodziewanej, czyli decybele jeszcze przybierają na sile.
- Po drugie nie podnosić ręki na dziecko. W żadnym wypadku, mimo że sytuacja jest czasami tak wnerwiajaca, że samemu ma się ochotę wrzeszczeć. Dziecko tego, co robi, nie robi złośliwie. Ono nie chce zirytować rodzica, nie zdaje sobie sprawy, że doprowadza go do szewskiej pasji. Taki jest jego etap rozwoju – testuje granice. Nie nauczyło się jeszcze inaczej wyrażać swoich emocji. Jeśli dostanie w tyłek, nie będzie miało pojęcia dlaczego, a bicie spowoduje u niego tylko narastanie negatywnych emocji i poczucie niezrozumienia.
- Po trzecie nie ulegać. Nie ma innej drogi, żeby nauczyć, że na wszystko jest miejsce i czas, jak mówi Kohelet. Nie możemy zgodzić się na bieganie po ulicy czy grudniową kąpiel w stawie razem z kaczuszkami i wózkiem, albo stanie na okiennym parapecie. Jeśli obiecujemy, że coś zrobimy, tylko najpierw zjemy śniadanie/załadujemy pranie do pralki/zmyjemy gary/damy psu jeść* (*niepotrzebne skreślić), to nie zmieniamy koncepcji, kiedy młode oznajmia rykiem, że ono musi coś mieć NATYCHMIAST.
- Po czwarte przeczekać. Kilka dni temu Jadzia zapodała mi wycie przez całe 50 minut bez przerwy. Nie mam pojęcia, dlaczego włączyła syrenę. Noszenie na rękach, tulenie, całowanie, huśtanie, lulanie, zabawianie nic nie dało. W końcu zrezygnowana położyłam ją na łóżku. Powierzgała, powierzgała i… usnęła. Wstała godzinę później jako uosobienie łagodności i pogody ducha.
- Po piąte tłumaczyć. Jak już się uspokoi oczywiście. Informacja „nie, bo nie” albo „bo ja tak mówię” nic nie wnosi i nie pomoże w przyszłości. Tłumaczenie może oczywiście na tym etapie nie docierać i najpewiej właśnie nie dotrze, ale sprawia, że dziecko zaczyna pojmować, że sprzeciw rodzica ma jakieś merytoryczne podstawy. Skoro to, że czegoś nie wolno, można jakoś racjonalnie uzasadnić, buduje się zaufanie do rodzicielskich decyzji. Wystarczy ot, chociażby coś takiego: „Nie możesz łazić po parapecie, bo spadniesz, uderzysz się i będzie cię bardzo bolało”. Nie musimy od razu wyjaśniać zasady działania prawa ciążenia
- Po szóste ignorować. Nie ma co schodzić do poziomu dwulatka i wdawać się w dyskusję a tym bardziej nadawać na tych samych falach. Nie podejmować wyzwania, wrzask sam przejdzie. Oczywiście, jeśli młodociany ma koncepcję spacerowania środkiem ruchliwej ulicy, to trzeba go rzecz jasna z tej ulicy zabrać. Jak się wywrzeszczy, można (spróbować) wytłumaczyć, dlaczego spacerek spotkał gwałtowny the end.
- Po siódme być konsekwentnym. Jeśli raz nie pozwoliliśmy na coś, to za drugim razem nie można ulec. Inaczej mały kompletnie straci orientację i nie będzie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Mama będzie jak jurorzy z Mam talent, którzy raz są na tak, drugi raz na nie i w obu przypadkach nie wiadomo dlaczego.
Skoro taka mądra jestem, to czy mi wychodzi? Oczywiście, że mi nie wychodzi, a przynajmniej nie za każdym razem. Jestem dopiero na początku drogi. Mój mąż mówi, że jestem za miękka i mała owinęła sobie mnie wokół palca. Pewnie ma rację. W każdym razie wypróbowałam to, co napisałam powyżej, i mogę stwierdzić, że działa. Jak ktoś ma coś jeszcze do dorzucenia, żeby nieświadome jeszcze niczego matki półroczniaków lub dziewczyny w ciąży wiedziały, czego mogą się spodziewać, to zapraszam
Uwaga, mądrzyć się będę
…. Jestem co prawda w 5 ( i PÓŁ!) miesiącu ciąży z pierwszym dzieckiem, ale sytacja którą opisujesz jest mi doskonale znana. Mała siostrzenica Alicja. Ma niecałe 4 latka i niestety zaczynam wierzyć że już jest za późno by ją reformować
Jej mama, owszem, stara się, ale niekiedy ulega dla świętego spokoju, lub jak mała zaczyna płakać i się wręcz dusić (w taką histerię wpada) a że mała niestety ma BARDZO dużo cioć i wujków niestety jest chyba święcie przekonana że NIC nie musi, co by nie dostała, to i tak dostała ZA MAŁO, nie potrzeba być grzecznym i takie tam. Teraz mała poszła do przedszkola…. jej mama miała nadzieję, że coś się poprawi…. a tym czasem? To mała Alicja sobie przedszkolanki wokół palca owinęła. Np. Akcja z wczoraj – Obiadek – Alusia nie je. Przychodzi Pani przedszkolanka i po usłyszeniu „ah, nie mogę jeść, w brzuszku mi burczy, ale tak mnie strasznie rączki bolą…” zaczyna małą karmić i co później w domu? Nom, dokładnie…. prawie 4 letnie dziecko wróciło z powrotem na etap „nakarm mnie”. I tak sobie myśli…. jak się moje urodzi…. to się chyba musimy gdzieś wyprowadzić 
Także… już się boje co to będzie ;]
Na razie za to staram się męża reformować, bo on właśnie bardzo lubi „nie bo nie” i „bo tak” … NAWET jak rozmawia ze mną
powtarzać jak mantrę: nie negocjuję z terorystą
A na poważnie. Na moje dziecko doskonale działa ignorowanie. Wywrzeszczy się i przyjdzie się przytulić, wtedy też mogę wytłumaczyć czemu powiedziałam nie, nie dałam zabawki, zabroniłam itd. I kijem odganiać wszystkich (czytaj babcie) którzy natychmiast zatrzymują się by udzielać niezwykle mądrych i życiowych porad : pani go uciszy, o patrzcie z własnym dzieckiem nie daje sobie rady, takie to już te matki są, rozupuszczą dzieciaka a potem mają.
Najgorzej gdy dziecko ma audytorium, użalających się nad nim. Wtedy to wycie trwa i trwa, ku uciesze gawiedzi. Lepiej czasem zabrać dziecko w spokojniejsze miejsce i dać mu się wywrzeszczeć w spokoju, niż znosić „spojrzenia” oraz stać się centrum zainteresowania tłumu.
Oczywiście do tego być konsekwentym – nie to nie i koniec. I nie ma może, nie ma być może, nie ma negocjacji. Nie, to nie i kropka. I amen w pacierzu.
I mój syn już się nauczył (a bunt zaczął się w 19 miesiącu życia i trwa do dziś a ma już 2,5 roku) że jak mówie nie, to nawet podejmowanie próby mija się z celem ;P
Za to mam jdną taką sztuczkę, pochwaloną, o dziwo, przez psychologa. Mikołaj ma kłopot ze zrozumieniem że koniec zabawy, to koniec i już. Że kończymy zajęcia i wszyscy idą, że musimy już wracać do domu itd. Zaczęlam mu mówić odpowiednio wcześniej, synku za 5 minut kończymy, idziemy itd. Po 5 minutach wołam go do siebie i daję lizaka. I to jest dla niego taki sygnał końca, oraz daje mu to pewną rekompensantę. A lizaka oddaje mi tuż po powrocie do domu, czasem nawet i jeszcze w drodze do domu. Tak więc omija mnie awantura pt.: „nie ja jeszcze chce”.
Moja mała własnie zaczęła przechodzić ten „cudowny ” okres. Jest więc syrena, rzucanie talerzem z jedzeniem na podłogę jesli na talerzu nie znajduje sie to co ona własnie chciałaby zjeść (najczęściej jest to „fantasia” i frytki), wspinanie sie wszędzie gdzie tylko sie da czyli parapety obrotowe krzesła, ściąganie wszystkiego co tylko nie wolno, rzucanie sie na podłogę, schody, ulicę , w sklepie na ziemię a jak. Wszelkiego rodzaju wymuszanie które jesli nie skutkuje jest oprotestowane syreną….ehhh . Moje ignorowanie czasem przynosi efekt (w postaci mojego bólu głowy i czasem jej ustępstwa). Po czym moja słodka niunia zamienia się w słodkiego aniołka na którego patrzę i mysle że na takie dziecko nie mozna sie gniewać i złoscic do nastepnego razu ktory najczęściej pojawia sie w ciągu kilku najbliższych chwil….i kolejna awantura z wrzaskami tym razem jej i moimi gotowa.
udręczona matka