Podróż z dzieckiem samochodem, czyli rodzicielska szkoła cierpliwości
Podróż samochodem z dzieckiem. Przeżywacie to? Oprócz tego, że zaraz po starcie włącza się doskonale niezawodny mechanizm "mama-siku-kupa-jeść", to jeszcze dokonujemy czynności wręcz ekwilibrystycznych, by wydobyć zabawki, które nieustannie spadają z dziecięcych łapek. "Bach kaka!" słyszymy i jeśli ignorujemy, powietrze przeszywają skumulowane decybele w falach długości odpowiadającej wysokiemu C. Każda sopranistka sprzedałaby duszę i ciało za tak wysokie rejestry. Podajemy więc tę pieprzoną kaczkę. Wywijamy ciało w korkociąg, bo kaczka spadła w miejsce niedostępne dla ludzkich możliwości. Ludzkich może tak, ale rodzic jest człowiekiem szczególnym. Dostaje kaczkę. Ledwo się wyprostował, z tyłu leci komunikat "Bach miś!". Jeśli nie daj Boże mamy ze sobą również auto i pieska, można tak podawać bez przerwy przez całą długość podróży. Jest to mniej więcej równie irytujące, jak zadawane co pięć minut pytanie "Kiedy dojedziemy?".
Okazuje się jednak, że jest sposób, żeby się nie schylać i nie narażać kręgosłupa na przedwczesną dyskopatię.
Ot, taki gadżet.
Wygląda jak palma. Samo w sobie może nie zachwyca, ale w takiej roli jak poniżej prezentuje się już znacznie bardziej interesująco.
Mocujemy do drąga wszelkie niezbędne w podróży bajery i po sprawie
Nawet jeśli coś gdzieś się zapodzieje, to przecież umocowane na sznureczku cały czas pozostaje znajdywalne. Wreszcie ktoś wymyślił zabawkę dla dziecka przyjazną rodzicowi. Gadżet jest francuskiej firmy Baby Moov. Wnioskując z innych wynalazków tego producenta, zapewne jak i one pieruńsko drogi (nie widziałam w polskich sklepach, choć pewnie mogło mi to i owo umknąć). Choć uroku i funkcjonalności nie można mu odmówić.

