Karmienie piersią a powrót do pracy, czyli laktacyjny pic na wodę
No jacie. Jak wspomnę moje przeboje, to mi się słabo robi. Tak się trąbi, że kobieta piersią powinna karmić. Przez pół roku wyłącznie piersią i dopiero potem wprowadzać nowości do diety. A że karmić dwa lata i dłużej to samo błogosławieństwo dla dziecka. Fajnie. Jak się ma możliwość być na urlopie wychowawczym, to tylko się cieszyć. Ale jak się zamierza wrócić do pracy, to pojawiają się schody.
Przede wszystkim okazuje się, że nie ma KIEDY karmić. Lub nie ma GDZIE odciągnąć pokarmu, tak by to odbywało się w spokoju i w sposób cywilizowany, a w najgorszym wypadku nieurągający godności kobiety.
Poszłam do pracy, kiedy moje dziecko miało pięć miesięcy. I jak tu utrzymać karmienie? Ano tak.
W domu odciągałam pokarm dla dziecka. Nie ma cudów (w przeciwieństwie do tego, co mówi premier Tusk), udawało mi się odciągnąć w najlepszym wypadku 160 ml za jednym posiedzeniem. Starczało tego na jeden posiłek dla dziecka. Pokarm odciągałam też w pracy. Oczywiście przysługiwała mi półgodzinna przerwa na karmienie (jako pracownikowi niepełnoetatowemu), ale zamiast się urwać wcześniej do domu, wolałam odciągnąć pokarm w pracy. Z kilku powodów. Po pierwsze tego, co odciągałam w domu, było za mało i musiałam się ratować każdą wydojoną ilością mleka. Po drugie nie „dowiozlabym” pokarmu do domu i z napęczniałych cycków poszłaby fontanna w tramwaju. Po trzecie zależało mi na jak najdłuższym karmieniu piersią, a droga do tego jest tylko jedna – REGULARNE karmienie lub REGULARNE odciąganie pokarmu. Jeśli przerwy są coraz dłuższe, organizm dostaje sygnał, że ilość pokarmu, którą produkuje, jest zbyt duża i zmniejsza w związku z tym podaż. Przed pójściem do pracy karmiłam co dwie lub dwie i pół godziny. Stawałam na rzęsach, ale nie dało się tych odstępów po powrocie utrzymać (choćby dlatego, że przerwa na karmienie była tylko jedna, a jeszcze pozostawało te parę godzin pracy plus dojazd do domu).
O co mię jednak chodzi? O dwie sprawy. Po pierwsze o to, że z tą promatczyną przerwą na karmienie to jedna wielka ściema. Jeśli nie pracujesz 8 godzin dziennie, przysługuje ci pół godziny. Jeśli pracujesz na pełen etat, to masz godzinę. Ale to i tak ZA MAŁO, żeby utrzymać stabilną laktację. Jeśli doliczyć dojazd do pracy (bo przecież w tramwaju czy autobusie nie odciągniesz, prawda?), to masz 4-5 godzinne przerwy w karmieniu. To jest po prostu zabójcze dla laktacji. Jeśli nie pracujesz na 8/8, masz pół godziny. To oznacza, że jeśli w twoim przypadku jest to 7/8 etatu, to czasu na karmienie masz żałośnie mało. Czyli ze strony ustawodawcy bardziej taka laktacyjna ściema niż faktyczna dbałość o dobro dziecka, któremu matka ma fantazję zapodawać mleko made in home.
Po drugie matka karmiąca nie ma gdzie odciągać pokarmu, jeśli przerwę na karmienie wykorzystuje tak, jak Pan Bóg przykazał. Ja odciągałam pokarm w kiblu. Toaleta często była brudna i śmierdząca, stawałam więc na rzęsach, by zrobić to wsposób maksymalnie higieniczny. Przynosiłam do pracy wygotowany wcześniej laktator, pojemniczki, termosik, ręcznik i z całym tym bajzlem pakowałam się do łazienki. Nie było innego miejsca, gdzie mogłabym to zrobić, nie ryzykując, że co pięć minut ktoś będzie zaglądał do środka. Małych pomieszczeń ci u nas dostatek, ale wszystkie są permanentnie obłożone czynnikiem ludzkim. A ja wykorzystywałam całe pół godziny. Nie da się tego zrobić w pięć minut. Niestety.
I taka jest niestety najczęstsza rzeczywistość. Ręka do góry ci, których pracodawca wygospodarował PRAWDZIWY pokój dla matki z dzieckiem lub matki karmiącej. Prawda jest taka, że mało którego pracodawcę stać, by znaleźć pomieszczenie, z którego raz na jakiś czas skorzysta baba, która powróciła do pracy po macierzyńskim. Pomieszczenie takie często wykorzystywane byłoby w zupełnie innych celach niż karmicielskie, a przecież nie o to chodzi. Tylko duże korporacje prowadzące przypracowe żłobki i przedszkola pozwalają sobie na coś takiego. A i to nie wszystkie.
Zmierzam do tego, że otacza nas jedna wielka laktacyjna ściema, pic na wodę i fotomontaż. Z jednej strony trąbi się na wszystkie strony wychwalając zalety karmienia piersią (i słusznie) i biadoli nad tym, że kobiety po kilku miesiącach przestają karmić. Z drugiej strony nie robi się absolutnie nic, by ułatwić utrzymanie karmienia tym, które z różnych względów muszą wrócić do pracy. Nie każdego na urlop wychowawczy po prostu stać, ot co. Do pracy wrócić czasami trzeba wcześniej, niżby się chciało.
Albo więc ustawowo zagwarantujmy kobietom taki czas na karmienie, który pozwoli na rzeczywiste utrzymanie laktacji, albo skończmy z tą hipokryzją i grą pozorów, przyznając, że wcale to nie jest tak, że dla chcącego nic trudnego.
Wędrówki do kibelka uskuteczniałam przez dwa miesiące. Potem się poddałam. Karmiłam dziecko przez siedem miesięcy, potem nie było już czego odciągać. A naprawdę chciałam dłużej.