Dzieciowo mi! Z dziećmi nigdy nic nie wiadomo. Nigdy ich nie ma, dopóki się nie pojawią.

Ni z gruchy, ni z aspiratora

czw, 11 lut 2010 · Opublikowane w ABC rodzica-debiutanta
Katar nieleczony trwa tydzień, a leczony siedem dni. Wiadomo. O ile jednak dorosły może tam sobie siąpać w chusteczkę i powiedzmy jest to jego prywatna sprawa, przez jak długi czas i ile ton papieru zużyje, o tyle katarem małego dziecka żyje cała rodzina. A przynajmniej jedno z dorosłych, dyżurny do udrożniania nochala.
Nie można przecież 9-miesięcznemu niemowlęciu powiedzieć "wytrzyj sobie nosek". Nie umie. Nawet dwulatek nie umie, choć może już zaczynać opanowywać podstawy techniki dmuchania w chusteczkę. Trzeba zatem zawsze mieć na podorędziu ustrojstwo, które paskudne gile pozwoli wyrzucić precz. Ustrojstwa różnią się stopniem skomplikowania, a co za tym idzie, również i ceną.
Najprostsza jest grucha. My akurat mamy gruchę firmy Bebe Confort. Najbliższa jej kształtem jest chyba ta firmy Nuk.
 
 
Gruszka Bebe Confort jest tak trochę wygięta, odrobinę przypomina bumerang. Końcówkę ma natomiast taką samą. Gruchę zawsze warto mieć, ale nie jest to najlepszy sposób na pozbywanie się wydzieliny z nosa. Lepiej radzi sobie aspirator.
 
 
 
Mamy taki jak na zdjęciu powyżej. Aspirator Sopelek. To jak widać jest taka rurka. Grubszy koniec wkładamy delikwentowi do noska, a krótszy… sobie do paszczy. No i tutaj mamy pole do popisu dla tych, którzy kiedykolwiek odciągali wino z butli lub spuszczali benzynę z baku do kanistra. Zasada jest mniej więcej ta sama. Wydzielina zatrzymuje się oczywiście na takiej specjalnej wymiennej gąbeczce (zapas gąbeczek jest w komplecie razem z aspiratorem). Posługiwanie się aspiratorem jest bardziej upierdliwe, bo musisz wcelować, przytrzymać, wziąć końcówkę do ust, zadbać, by dziecko nie wierciło się i pociągnąć. Efekty jednak są lepsze. Więcej się tego odciągnie. Zdecydowanie więcej.
Ponieważ nasza dziewczyna nie cierpi operacji z aspiratorem, zaczęłam po cichu marzyć o czymś, co mogłoby uprościć całą procedurę i skrócić czas tortur. Okazuje się, że są na rynku aspiratory elektryczne. W jednej gazetce zobaczyłam aspirator Cleanoz.
 
 
Jest wymienna końcówka z silikonowymi, hmm, zbiorniczkami, chyba tak to trzeba nazwać. Naciskasz przycisk i bzzzzzzz, pozbywasz się stada kóz. Fajne to ustrojstwo, poręczne, ale… no właśnie. Cena. Za taką pierdołę życzą sobie 129 zł. Chyba lekka przesada płacić ponad stówę za coś, co wygląda jak niedorobiony wiatraczek elektryczny i pewnie super skomplikowane w produkcji nie jest.
Już myślałam, że cena aspiratora Cleanoz zasługuje na jakiś akt spektakularnego omdlenia, ale na szczęście się wstrzymałam. Panie i panowie, the winner is… aspirator Petit Terraillon.
 
 
To jest, moi drodzy, dwa w jednym. Aspirator do wyciągania gilów i spray do aplikowania roztworu soli w celu udrożnienia. Ma dwie końcówki przeznaczone do tych dwóch celów. Ma praktyczne mocowanie na nadgarstek (que? pewnie chodzi o rozmiary urządzenia). Czyli łączy w sobie funkcję gruszki i na przykład wody morskiej w sprayu, którą można kupić w każdej aptece (choćby Marimer). Ile za tę przyjemność? 379 zł. Trzymam kredens. No bez jaj. Wiele jestem w stanie dla dziecka zrobić, ale nie dam się nabrać na gruchę za prawie cztery stówy!
Ponieważ grucha niezbyt sprawdziła się "w praniu", a aspirator wywołał gwałtowne protesty i stanowczą odmowę współpracy, najlepiej na polu bitwy sprawdziła się właśnie woda morska w sprayu. My akurat kupujemy Marimer, ale są też inne.
 
O dziwo dziecko to lubi. To było zaskoczenie. Pryskamy delikwentowi w obie dziurki, po czym młodsze dziecko odwracamy na brzuszek, niech sobie katarzysko wyleci, a starsze sprowadzamy do pionu lub sadzamy. Byle nie leżało, bo wtedy psu na budę cały zabieg. Bardzo polecam. Świetnie udrażnia nosek. Na noc używamy Nasivin.
Wiem, że to jest dla dzieci od 6. roku życia, ale środek przepisał nam pediatra (to jest na receptę) i kazał po jednym pompknięciu do każdej dziurki (czyli zmniejszona dawka). Tylko na noc. I to jest prawdziwy hicior, bo świetnie przetyka nosek.
 
Kiedy tak piszę tę notkę, uświadomiłam sobie, że kilka razy w życiu zaliczyliśmy katar (trzy lub cztery), ale ani razu nie mieliśmy kaszlu. Odpukuję w niemalowany stolik do komputera.

A Ty co myślisz?