Coś o bystrzakach i wyniki minikonkursu
Herbatkę dla niejadka już oceniłam, teraz przyszła kolej na drugą osobę trójcy nie najświętszej herbatek Herbuś. Na tapecie Herbatka dla bystrzaka.
Jak już z samego obrazka można wnieść, herbatka zawiera jabłko i pomarańczę (konkretnie owoc jabłka i skórkę pomarańczy). Ma też liść pokrzywy, rooibos, liść jeżyny, aromaty i magnez. Magnez (wg tego, co na opakowaniu i na stronie www.herbusie.pl) to 30% zalecanego dziennego spożycia. Konkretnie tyle zaspokajają wypite cztery herbatki. Trzeba jednak pamiętać, że zazwyczaj te procenty są podawane dla osoby dorosłej, której dzienne zapotrzebowanie na kalorie wynosi 2000 kcal. Tu mamy napój dla dzieci, trzeba więc sobie to odpowiednio przeliczyć. Nigdzie nie znalazłam informacji, że "zalecane dzienne spożycie" dotyczy w tym przypadku dzieci. Wskazówka dla producenta – może warto to zaznaczyć, hę?
Teraz zatem bezpośrednia relacja z kubków smakowych i okolic. Węchowo o niebo lepiej niż w przypadku niejadka (może to kwestia nieobecności tego waniliowego aromatu?). Herbatka pachnie rześko. Smakowo też znacznie lepiej. Dziecię przyzwyczajane jest do picia napojów niesłodzonych, ale tę herbatkę łykała zarówno saute, jak i z miodem i cytryną. Ta druga wersja znacznie lepsza.
Działanie probystrzakowe? Oczywiście magnez wpływa na przewodzenie nerwowe, koncentrację i tego typu sprawy. Pytanie jak dobrze jest przyswajany z herbatki? Bo z farmaceutyków (tabletek) mizernie. Fajnie, że jest do picia coś, co ten magnez zawiera, zawsze to plus, natomiast nie stwierdzam żadnych dodatkowych przypływów koncentracji z racji. Jest to oczywiste, jeśli wziąć pod uwagę to, że testowaliśmy herbatkę kilka dni, a pierwsze pozytywne efekty można – przynajmniej tak mówią w aptekach – zauważyć po 2-3 miesiącach stosowania. Z koncentracją zresztą u nas czasem aż za dobrze. Może się walić i palić, można rzucać garnkami, ale gdy dziecko skupi na czymś uwagę, nic nie jest w stanie jej oderwać.
Podsumowując – herbatka w porzo, jakby powiedziała młodzież. O, pardon, do tyłu jestem. Młodzież mówi zapewne jakoś zupełnie inaczej.
No, a teraz minikonkurs. Chyba za trudne pytanie dałam, bo prawidłowa odpowiedź nadeszła tylko… jedna. Wszyscy jak jeden mąż wyłożyli się na Koziołku Matołku. Moi drodzy, Koziołek nigdy nie odwiedził Antarktydy, Australii i Ameryki Południowej. W Azji, Usiech i Afryce był. W Afryce organizował czas wolny tamtejszym zwierzętom, co się o mało nie skończyło pożarciem nieszczęsnego koziego kaowca. W Ameryce Północnej szukał baby, co czerwoną ma spódnicę, bo baba wiedziała, jak się idzie do Pacanowa. W Azji zaś zaliczył podróż na pijanym słoniu (z Indii do Afganistanu) oraz o mało co nie został mężem córki chińskiego cesarza. A zatem do lektury przystąp, Matołek na pewno warto jest odświeżenia. Wszystkim dziękuję za wzięcie udziału w konkursie
