Dzieciowo mi! Z dziećmi nigdy nic nie wiadomo. Nigdy ich nie ma, dopóki się nie pojawią.

Ekonomia od pieluchy

czw, 04 mar 2010 · Opublikowane w ABC rodzica-debiutanta
Jak wiadomo mamy kryzys. Szczególnie dotkliwie zderzenie z czarną rzeczywistością przeżyli obywatele Stanów Zjednoczonych. I wiecie, co u nich teraz robi furorę? Właśnie teraz? Camp Millionaire, czyli Obóz Milionerów (tak przynajmniej donosi najnowsze Wprost).
Cóż to jest? Ano to coś w rodzaju kilkudniowych „rekolekcji finansowych” dla najmłodszych. Dzieci podczas obozu dowiadują się, że coś takiego jak pieniądz nie bierze się z niczego, że można mieć wpływ na to, ile ich się ma czy będzie mieć, dzięki temu, jak się obecnie posiadanymi funduszami zarządza. Uczą się, jak oszczędzać i jak można zarobić. Czyli mamy nic innego jak podstawy ekonomii do tego atrakcyjnie podane (w formie zabawy) i zamknięte w przekaz dostosowany do wieku uczestników obozu.
Oczywiście to nie farma Rockefellerów i po powrocie dzieci do domu dochód rodziny nagle się nie zwiększa. Udział w obozie nie gwarantuje również, że po latach wyrośnie z młodocianych armia Billów Gatesów. Ale czegoś tam się dowiedzą i istnieje nadzieja, że nauka nie pójdzie w las.

W Polsce w niektórych szkołach, a nawet w przedszkolach wprowadza się zajęcia z ekonomii dla maluchów. I wiecie co? Bardzo mi się ten pomysł podoba.
W świecie panuje teraz taka tendencja (by nie powiedzieć moda), żeby od najmłodszych lat oswajać dziecko z pieniądzem. Nie czekać, aż podrośnie („jak będziesz większy, to ci powiem”), tylko przekazywać mu pewne treści najszybciej, jak się da. Zupełnie nieświadoma wprasowywania się w owczy pęd stosuję w domu to samo. Tłumaczę, że mama i tata chodzą do pracy. Dzięki temu mają pieniądze (nie cierpię słowa „pieniążki”, to jest ciężko wytyrana gotówa a nie jakieś tam pieniążki). Za te pieniądze możemy różne rzeczy kupić. Żeby je mieć, trzeba się wysilić. Kiedy jesteśmy przy bankomacie, tłumaczę, co robię i po co.
Moje dziecko ma dopiero dwa lata i zapewne jednym uchem mu to wpada, drugim wypada, normalne. Nie chodzi o to, żeby błyszczało wiedzą, ale chodzi o wypracowanie pewnego podejścia. Żeby za parę lat wiedziało, że portfele rodziców mają dno i pewnych rzeczy przeskoczyć się nie da. Żeby miało chociaż zalążki świadomości, że pieniądzem można i trzeba umiejętnie zarządzać, a poza tym zawsze można wyszukać jakiś sposób, żeby mieć ich więcej, co z kolei pozwoli zrealizować jakieś tam plany.
Jeśli nie będziemy edukować finansowo naszych dzieci, to nie oznacza to oczywiście, że wyrosną z nich niezaradne życiowo sierotki. Przekazywanie wiedzy, a jeszcze lepiej, służenie przykładem może im jednak kiedyś pomóc. Jeśli wypracujemy u potomstwa przedsiębiorcze podejście do życia, być może (to nigdy nie jest pewnik) dojdą do wniosku, że jeśli chcą coś w życiu osiągnąć, muszą się o to wystarać. Że na sukces trzeba zapracować. Nie będą czekać na mannę z nieba, bo państwo im da.
Kiedy byłam piękna i młoda, czyli za czasów komuny, mieliśmy w szkole książeczki SKO. I każdy coś na nie wpłacał. Skarbnikiem była pani wychowawczyni (ciekawe, czy czuła pokusę defraudacji zgromadzonych środków, he he). Być może bardzo toporne to było i niedorobione w formie, ale uczyło oszczędzania. Lata 80-te odeszły w niebyt, a wraz z nimi książeczki SKO. Szkoda. Dobrze więc, że dzisiaj ekonomia do szkół wraca, a jeszcze lepiej, że wprowadza się do przedszkoli. Bo dzieci wiedzą i widzą znacznie więcej, niż nam się wydaje i warto ich zainteresowania odpowiednio ukierunkować.
Słowa kluczowe: ,

A Ty co myślisz?