Jak to jest z karmieniem piersią w szpitalu?
Nie zawsze w życiu bywa z górki. Czasami przypałęta się jakaś banda organizmów pożytecznych inaczej i dziecko ląduje w szpitalu. Desant szpitalny oznacza najczęściej kłopoty z zaopatrzeniem w postaci baru mlecznego rodzicielki.
Gazetkę rodzicielską, która mi w ręce wpadła, nadal se czytam i w jednym z artykułów wypowiada się położna:
Kiedy dziecko trafia do szpitala i nie ma przeciwwskazań do karmienia piersią, należy walczyć o to prawo.
W tym prostym zdaniu zawiera się cały złożony absurd naszej polskiej rzeczywistości. Tyle się trąbi o karmieniu piersią, że jakie to zbawienne dla rozwoju dziecka i podnoszenia jego naturalnej odporności (przeciwciała i te historie), że bliskość matki, że budowanie więzi, że inne sraty pierdaty, a kiedy przychodzi co do czego, trzeba o karmienie walczyć. I to gdzie walczyć? W instytucji, która powinna karmienie piersią propagować jak żadna inna. W szpitalu!
Ileż razy słyszałam, jak personel szpitala robi łachę, żeby przynieść matce dziecko do karmienia (o Boże, to przecież na czwarte piętro muszę iść, musi pani teraz karmić?), ileż razy okazuje się, że nagminne jest dopajanie dzieci glukozą, bo jednej z drugą nie chce się dupska z dyżurki ruszyć. Trzeba się dopraszać, żeby można było jak najszybciej po porodzie karmić, choć wszelkie poradniki (pisane przez położne, halo!) trąbią o fundamentalnej roli siary, czyli pierwszego pokarmu produkowanego przez piersi.
I teraz dziecko karmione piersią trafia do szpitala z powodu jakiejś poważniejszej infekcji i co? I gucio, znów trzeba dopraszać się czegoś, co powinno być oczywiste i dostępne z definicji. Do tego dochodzi kompletne pomijanie rodzica w procesie leczenia. Matki przysypiają na krzesełkach, na karimatach, bo nie do pomyślenia jest coś takiego jak łóżko dla kogoś, kto chce być przy swoim dziecku. A wiadomo, że wtedy zdrowieje się szybciej. A to oznacza zmniejszenie kosztów całego leczenia, czyli bilans wychodzi na plus, prawda?
Siedzimy jeszcze wysoko na drzewie, jeśli chodzi o standardy leczenia dzieci. Mam porównanie do Luksemburga (dobra, wiem, najwyższy poziom życia w Europie). Zachorowało dziecko i trzeba było udać się z nim do szpitala. Okazało się, że zupełnie naturalne jest to, że matka nocuje obok swojego oseska. Ma swoje łóżko. W pokoju są też zabawki, telewizor i rozmaite inne bajery, które sprawiają, że w szpitalu jest znacznie przyjemniej. Sama rekonwalescencja trwała krótko, a rodzinie przyzwyczajonej do polskich realiów pozostał wielki szok. Gdzie nam do Europy, skoro musimy staczać boje o karmienie piersią?
Ojojoj, nie potwierdzam. W czasie 3 miesięcy życia mojego synka niestety zaliczyliśmy szpital dwa razy. Fakt, że zostaję w z dzieckiem był dla wszystkich oczywisty, nawet nie było pytania czy chcę, czy nie. Łóżko płatne 15 zł za dzień – ale bycie przy synku – bezcenne. Powiem więcej, za drugim razem (inny szpital niż za pierwszym) pielęgniarka spytała czy tata też zostaje! Też szok przeżyliśmy. A to Łódź, a nie Luksemburg
duszka
a ja przeżyłam 5 lat temu pobyt mojego 5-miesięcznego karmionego piersią synka w szpitalu w następujący sposób: mały miał 5 miesięcy, przez 3 doby był w szpitalu klinicznym (oddział alergologiczny) na badaniach dot alergii.Karmiłam go wyłącznie piersią i co? jedną noc spędziłam na krzesełku koło łóżeczka syna(za noc na oddziale oczywiście zapłaciłam), a na drugą już się nie szczypałam-wpakowałam się do łóżeczka dziecka.Dobrze,że było z tych większych.Aa, rzecz się działa we Wrocławiu
Witam.Ja 8 lat temu urodziłam córcię okazało się że ma wadę nerki.1 pobyt w szpitalu Dziecka i Matki w Katowicach był jak Julcia miał 3 tygodnie i byłam z nią w specjalnym pokoju dla matki z dzieckiem nic nie płaciłam bo byłam matka karmiącą. 2 pobyt jak miała 6 tygodni ostra sepsa i nic nie płaciłam bo karmiłam ale 2 noce spałam na krzesłach a resztę miałam swoją leżankę. 3 pobyt- Julcia miała już 6 miesięcy i już poza piersią jadła obiadki i niestety płaciliśmy za mój pobyt w szpitalu.Pozdrawiam i zachęcam rodziców do bycia z dzieckiem w szpitalu widziałam jak dzieci płaczą a pielęgniarki je ignorują.
a u mnie w szpitalu było przegięcie w drugą stronę
brak pokarmu, dziecko które nie umie ssać prawidłowo mimo długich prób przystawiania
i nikt nie chciał dać mieszanki a dziecko wyło z głodu
uprosiłam na wyjście to dostał 20 ml i polowe z tego ulał bo jadł tak łapczywie
moja Hania wylądowała w szpitalu jak miała 2 tygodnie, na początku stycznia.Szpital na Chałubińskiego we Wrocku..i co?i pięknie…miałam łóżko,dzidzia przy mnie, posiłki, pomoc przy małej, a lekarz ginekolog za każdym razem pytał także czy u mnie ok.Była nawet pani z poradni laktacyjnej i udzieliła odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania.Czasem jednak w Polsce-Madzia nie jest tak źle;)
to może ja odpowiem-temat poród jest u mnie jak najbardziej na czasie-jestem 38 tc-we Wrocławiu są 4 porodówki:na tzw Klinikach-Chałbińskiego, na Dyrekcyjnej (też oddział Klinik), na Brochowie i na Kamieńskiego.Pierworodnego (tego z alergią-wyżej wstawiałam kom)urodziłam na Dyrekcyjnej, teraz, ze względu na przepełnienia na porodówkach, nie wiem gdzie trafię.Ostatnio byłam na izbie przyjęć na Dyrekcyjnej (fałszywy alarm)-miałam okazję dobrze się przyjrzeć i powiem tyle-wnętrze nie zachęca do jakiegokolwiek pobytu w tym szpitalu (swoją drogą byłam chyba nieźle skołowana pierwszym porodem-nie zwróciłam na to uwagi), nie wiem jakie są warunki na innych porodówkach.Aa,z ciekawostek: lekarz na izbie przyjęć próbował podważyć zalecenie cc, które mam od ortopedy, twierdząc,że jeśli urodziłam pierwsze dziecko sn, to drugie tez urodzę.Wkurzyłam się…bo wygląda na to,że przez 6 lat mój stan zdrowia powinien być taki sam wg tego lekarza…eh.Wejdź na stronę Fundacji Rodzic Po Ludzku-tam są rankingi szpitali i komentarze mam.
pięć lat temu (z kawałkiem) zaliczyliśmy Chałubińskiego i nie było tak źle – pokoje wtedy 4 osobowe, teraz zdaje się dołozyli ‘jedynki’ (za specjalną opłatą), dzieci z mamami, ew. w pokoju u pielęgniarek, łazienki w porządku, najbardziej mi wtedy nie podeszło szpitalne jedzenie
Teraz siostra leży na Dyrekcyjnej, odwiedzamy ją jak tylko możemy i prawdę mówiąc, takiego syfu to ja dawno w szpitalu nie widziałam. Na korytarzach brudno, w kibelkach takoż. Personel średnio sympatyczny, miłe są dziewczyny które podczepiają delikwenta do ktg, ale lekarza jednego i drugiego to na jakiś kurs dobrych manier bym wysłała
Jestem na świeżo po wizycie z dwójka dzieci chorych na rota wirus na oddziale zakaźnym dziecięcego szpitala klinicznego. Starszy syn ma 3,5 lat, a młodsze 8-miesięcy, karmione piersią. Na początku kiedy mąż był jeszcze wstanie mnie zmienić przy dzieciach, jakoś było (później i jego dopadły wirusy;-( ) w szpitalu cały dzień na nie wygodnym krześle, a noc na karimacie. Do tego nie miałam nawet czasu iść coś zjeść (mała z kroplówką nie mogła zostać bez opieki) na oddziale zakaz jedzenia, i jak tu ma karmić człowiek zmęczony, nie wyspany i głodny. Jeden dzień można przeżyć ale, kilka? Jedynym plusem było to, że na sali byłam z dziećmi sama, no i trafiłam na jedną naprawdę super pielęgniarkę, taką z powołania.