Dzieciowo mi! Z dziećmi nigdy nic nie wiadomo. Nigdy ich nie ma, dopóki się nie pojawią.

Mistrz i Jadzia

nie, 07 mar 2010 · Opublikowane w Oceniamy
Fausta czytałam strasznie dawno temu i, o ile dobrze sobie przypominam, ledwo przebrnęłam do końca, a może nawet nie. Z treści zapamiętałam jedynie to, że mistrz kiepsko wyszedł na pikantnej relacji z Małgorzatą, a i sama Małgorzata do udanych tego związku zaliczyć nie może. 
Tak mi się jakoś Faust nasunął, kiedy otrzymałam do testów herbatkę dla mistrza z serii Herbuś (www.herbusie.pl).
 
 
Tak jak w przypadku poprzednich herbatek (dla niejadka i dla bystrzaka) mamy połączenie ziół i owoców. Pomysł uważam za bardzo trafny. Ziołowe herbatki robią naszym organizmom dobrze, ale nie zawsze da się je zaaplikować bez rękoczynów. Owocowe nuty są czymś w rodzaju gustownego opakowania dla treści.
Mistrz pachnie malinami. Mamy tam hibiskus, rumianek, dziką różę, jabłko, jeżynę, koper włoski, maliny, witaminę C i aromaty. Z witaminą C jest taki sam numer jak w przypadku magnezu w bystrzaku. Cztery saszetki (maksymalna dzienna dawka) zapewniają 60% zalecanego dziennego spożycia. Ale uwaga! Ta norma jest przewidziana na osobę dorosłą, której dzienne zapotrzebowanie energetyczne wynosi 2000 kcal. Przynajmniej tak to jest ustawowo zarządzone, dlatego trzeba to sobie przeliczyć na dziecko.
Napój pachnie bardzo ładnie. Aż chciałoby się zawołać jak Faust: "Chwilo, trwaj, jesteś pełna kras!". Ale przystępujemy do degustacji. I co? I niestety klapa na całej linii. Dziecko stanowczo odmówiło współpracy i nie miało znaczenia, czy herbatka jest podawana bez słodzenia czy też z miodem i cytryną. "Niedobe piju, niedobe" i koniec. A propos słodzenia – na opakowaniu jest napisane, że herbatka jest naturalnie słodka i dosładzania nie wymaga. Otóż nie jest słodka ani trochę. Ja nie jestem za słodzeniem, jeśli już to robię, używam miodu, a i to rzadko, ale jeśli ktoś chce mieć słodycz, to musi ją sobie skombinować we własnym zakresie. Smak zatem, w przeciwieństwie do zapachu, zupełnie nam nie podpasował.
Oczywiście, co jednemu dogodzi, innemu nie, a w ogóle to o gustach się nie dyskutuje, wiadomo. Dla kogoś innego więc herbatka może okazać się rewelacją i będzie walczył, żeby dziecko nie wciągało więcej jak czterech saszetek dziennie. Jadzi nie smakowała zupełnie.
Nie mieliśmy więc jak zadbać o odporność i higienę jamy ustnej za sprawą herbatki. Pozostaje metoda klasyczna – szczoteczka i pasta do zębów. Zęby dla odmiany Jadzia myć uwielbia (zapisuję na konto wychowawczych sukcesów), a dzieje się tak pewnie za sprawą pasty o smaku jabłkowym, która jak widać bardzo jej smakuje.
Słowa kluczowe: , ,

3 odpowiedzi odnośnie posta “Mistrz i Jadzia”

  1. katharynka pisze:

    Kochana, królestwo za nazwę pasty i sposób przekonania do mycia zębów!
    Moja starsza latorośl na widok szczotki i pasty przechodzi w stan płynny i upłynnia się z łazienki, a jak już go wyłapię postawię przed faktem dokonanym i umywalką to synek mój ukochany zaciska zęby na szczotce i … diupa… bo puszcza dopiero wtedy kiedy obiecam solennie, że myć ząbków nie będę…

  2. Pasta to zwykła Vademecum. Przyznaję, że poszłam na łatwiznę, bo chciałam najpierw zainwestować w Elmex lub w tę drugą apteczną, jak się tam ona… Nanodent czy jakoś tak. Ale czasu nie było, zakupy szybko, szybko i wzięłam pierwsze, co miało napis „owocowe” i było pod ręką. Mamy cały arsenał szczoteczek, a przymiarki do mycia zębów robiliśmy już dawno. Dawałam jej te szczoteczki do zabawy w formie gryzaka. Potem pokazałam, że można myć tym ząbki tak „na sucho”, czyli bez pasty. Zawsze brałam małą do łazienki i pokazywałam, jak mama myje ząbki, starając się przy tym robić miny świadczące o przeżywanej ekstazie. W końcu kupiłam jej pastę i chyba sukces udał mi się psim swędem, bo smak tej pasty bardzo polubiła. Myłam jej ząbki i potem dawałam szczoteczkę, żeby dokończyła sama. Teraz mam problem, bo „ja sama” zaczyna się od początku i nie chce słyszeć o pomocy, ale jakoś tam udaje mi się wyszorować to i owo. Ach, pasta jest o ile pamiętam z gatunku tych, że można je jeść. No i teraz jak mówię „myjemy ząbki”, nie ma żadnego problemu. Myjemy, ale muszę jej pozwolić łazić ze szczoteczką po całym domu. Jestem w stanie pójść na takie ustępstwa.

  3. katharynka pisze:

    Ja też zaczęłam dawno temu i do operacji, kiedy to mieliśmy zakaz mycia zębów , było ok. Może bez euforii ale i bez protestów. Operacja była roku temu, a ja do dziś nie mogę „wywalczyć” mycia zębów. Mamy kilka szczoteczek, pastę owocową i nic… płacz histeria, a końcowo zaciskanie zębów. A samodzielnie to on nakłada pastę i spłukuje pastę i odkłada szczoteczkę, pomijając środkowy elemnt mycia ząbków. Próbowałam nawet dawać mu myć zęby sobie, żeby pokazać że to fajne, myłam zęby zabawkom i też nic… A oddech jakby mało świerzy…

A Ty co myślisz?