Dieta małego dziecka – słodycze won?
Na początek w odpowiedzi na komentarze pozwolę sobie podać namiary na notkę o diecie matki karmiącej. Klikajcie tutaj. Coś tam jeszcze skrobnęłam na temat odżywiania się w ciąży (tutaj), ale temat wart jest przyjrzenia mu się raz jeszcze. Tak też zapewne będzie w przypadku diety podczas karmienia piersią, ponieważ już niedługo znów wkroczę w ten etap i założę się o skrzynkę piwa, że doświadczenia będę miała zupełnie inne niż w przypadku pierwszego dziecka. Mam tylko nadzieję uniknąć alergii pokarmowych – takiego poligonu wolałabym nie przechodzić.
No dobrze, ale wróćmy do tematu notki. Często na spacerach w parku miałam okazję zaobserwować w wózkach nie dzieci, a spasione brojlery. Szersze niż dłuższe. Tucznik jechał i non stop coś wpierniczał. Jak skończył bułeczkę, dostawał chrupki. Zeżarł chrupki, zaczynał czekoladkę. Skończył czekoladkę, pochłaniał biszkopcik. Biszkopcik jest suchy, czymś więc trzeba popić. Proszę bardzo, oto pyszny, słodziuteńki soczek.
Sprawa żywienia małego dziecka to nie taka prosta rzecz, każda matka to wie. A to niejadek, a to marudzenie, tego nie zje, tamtego nie lubi, na zieleninę patrzeć nie zamierza. Jak tu zrobić, żeby zdrowo i prawidłowo wykarmić? Jak już je bez sprzeciwu, cała rodzina trwa w zachwycie i stara się wykorzystać sytuację, pakując w młodego, ile się da. Żeby zdrowo nam rosła dziecina. Bo żeby być zdrowym, trzeba dużo jeść, to jasne.
Zapominamy jednak, że małe dzieci mają małe żołądki. Im naprawdę niewiele wystarcza, żeby być najedzonym. Zapominają głównie babcie, ale rodzicom też się zdarza. Zacznie chodzić, to zgubi – mówi się. Tak, trochę zgubi, bo więcej energii będzie potrzebował, ale szparag się od razu z niego nie zrobi, to raz. Druga sprawa to złe nawyki żywieniowe, które potem zostają na resztę życia i sprzyjają późniejszej cukrzycy, nadciśnieniu, miażdżycy, problemom z układem kostnym, braku płodności itp.
Kandydaci do księgi rekordów Guinnesa: 15-miesięczna Luka ważąca 26 kg oraz 5-letni chłopczyk o wadze 62 kg.
To co, słodycze won? Nie, dlaczego? Ja nie jestem za tym, żeby zupełnie odseparowywać dziecko od słodkości. Wszystko jest dla ludzi, tylko musi być umiejętnie podane i w rozsądnych ilościach. Słodycze nie mogą występować w roli nagrody za coś, bo w mózgu młodego człowieka utrwali się, że są czymś, do czego należy dążyć. Nie mogą też być „przegryzajką”. Jeśli coś już dziecko na spacerze je (a jeśli spacer długi, to trudno przecież, żeby nie zjadło), niech to będzie ćwiartka jabłuszka, młoda obrana marchewka do gryzienia czy jakiś inny owoc lub warzywo. Owoce to też sam cukier, ale zawsze to lepiej niż permanentne wpieprzanie batoników. Słodycze nie mogą być podwieczorkiem, kolacją czy zastępować jakiś inny posiłek. Jednak od czasu do czasu podany słodycz, tak bez okazji, jeszcze nikomu nie zaszkodził. Czasami z babciami i dziadkami trzeba stoczyć prawdziwą wojnę („jak to? Matka a dziecku czekoladki broni?”), ale trudno, to nie babcie będą ponosić konsekwencje i łazić po lekarzach.
Pozostaje jeszcze kwestia tego, co można wyczytać w prasie dla rodziców. Im więcej czytałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że nie jestem w stanie prawidłowo wyżywić mojego dziecka. Dlaczego? Po pierwsze roczniak – bo wtedy miało rok – powinien zjadać 500 ml mleka dziennie. Oprócz tego pięć razy na dzień powinien dostawać porcję warzyw, ewentualnie owoców. A samych posiłków w ciągu dnia również powinno być pięć. Z drugiej strony prasa rodzicielska rwie włosy z głowy, że niektóre dzieci dostają jeść 12 i więcej razy na dobę i nie chodzi tu o małe niemowlęta karmione piersią, tylko roczne panny na wydaniu (i kawalerów). To jak to, kuźwa, pogodzić?
Zdecydowałam, że nie będę się sztywno trzymać wytycznych. Zje tyle, ile będzie chciało. W żadnym wypadku nie przymuszam do jedzenia. Jeśli odmawia, to odmawia, zostanie na talerzu – trudno. Sama pamiętam z dzieciństwa imperatyw wymiatania talerza do czysta i wspominam to jak najgorzej. Jako przegryzajki między posiłkami daję jabłko, marchewkę, mandarynkę, pomarańczę, banana, kiwi i takie tam inne owoce. Słodycze też podaję, ale nie wtedy, kiedy mała jest głodna, i pilnuję mycia ząbków. Postanowiłam nie stawać na rzęsach i nie wycinać kanapek w kształcie kota, przyozdabiać niesamowicie lub konstruować pomidorki-muchomorki, żeby tylko raczyło zjeść. Ani mam na to czas, ani siły. Dziecko ma prawidłowe wyniki badań, rozwija się bardzo dobrze, nie choruje, nie ma nadwagi (jest raczej z tych szczuplejszych). Uznałam, że to mi wystarczy.
———
No i na koniec chwila prywaty. Mam na zbyciu trzy zestawy maszynek Gilette Venus Riviera (z zapachową rączką) i dwa żele do golenia Satin Care. Za darmochę. Recenzja produktu i info, jak je otrzymać (bardzo prosto), na moim drugim blogu, czyli na Strefie kobiety. O, tutaj. Zapraszam
Przede wszystkim nie „wpychać” na siłe! Znam taką metode,gdy pilnowałam córy mojej siostry- były niejadkami- nie zmuszałam do jedzenia,nie chciały to nie…jadły wtedy kiedy zgłodniały. Ale wycfaniłam się,bo wiedziałam że lubiły naleśniki,więc co dziennie robiłam naleśniki ot tak,żeby żołądki się „rozepchały” Później,gdy naleśniki się znudziły jadły każdy obiadek,bo głodne się robiły. Dziś to już pannice przed maturą i żadna ani gruba ani chuda lecz w sam raz
A słodycze prawie każdy lubi i jeść można byle zachować umiar. A dzieciom nie można tych przyjemności całkowicie zabronić!
Spojrzałam na to zdjęcie i rzekłam do się „o k*rwa”.
A poza tym, to gonię ze strzelbą jedną babcię moich dzieci, bo najpierw próbuje nafaszerować Potwory wafelkami popchniętymi czekoladą i gumą mambą, a potem marudzi, że obiadu nie jedzą.
Sama natomiast, po spełnieniu rodzicielskiego obowiązku dbania o zdrowe nawyki żywieniowe oraz higieniczne, chętnie zabieram czasem dzieci na wielkie lody albo watę cukrową – pewnie z tęsknoty za czasami, kiedy takie rzeczy mi smakowały