Dzieciowo mi! Z dziećmi nigdy nic nie wiadomo. Nigdy ich nie ma, dopóki się nie pojawią.

Operacje plastyczne u dzieci

sob, 15 maj 2010 · Opublikowane w Wstrząśnięta i zmieszana

Tytuł notki ścina krew w żyłach. Zanim jednak zapłoniemy świętym oburzeniem, warto popatrzeć na sprawę z dwóch punktów widzenia.

Zdarza się, że operacja plastyczna u dziecka jest nie tylko pożyteczna. Jest wręcz pożądana, ba, przenosząca jakość życia na zupełnie inny poziom. Co więcej są operacje refundowane przez NFZ. Dzieje się tak w przypadku tragicznych zdarzeń losowych, np. poparzeń lub pogryzień przez zwierzęta, kiedy trzeba dokonać rozległych przeszczepów skóry, zrekonstruować tkankę, odtworzyć nos czy uszy. To wszystko zalicza się do operacji plastycznych. Wszyscy się chyba zgodzimy, że zaniedbanie takiego leczenia nie tylko oznacza oszpecenie i życie do końca z piętnem, ale również ogromne cierpienie i zmaganie się z bólem.

Również wady wrodzone operuje się na fundusz – rozszczep podniebienia czy tzw. zajęczą wargę. Trzeba wiedzieć, że dzieci z rozszczepem podniebienia mają trudności z przyjmowaniem pokarmu (zwłaszcza niemowlęta, bo mleko połykane ustami, po prostu wycieka nosem) oraz z nauką mówienia, bo nie są w stanie wypracować prawidłowej artykulacji.

Operowanie dzieci z poważnymi wrodzonymi czy nabytymi zniekształceniami twarzy wydaje się oczywiste, prawda? Wszyscy „normalni” rodzice akceptują swoje dzieci takimi, jakie są, ale chcą też dla nich jak najlepszego życia bez oszpecenia i bez cierpienia. Dochodzi też kwestia znalezienia się w społeczeństwie, akceptacji osób „innych” czy – jakież to prozaiczne! – przyszłych problemów ze znalezieniem pracy (prawie wszyscy potencjalni pracodawcy życzą sobie CV ze zdjęciem, nawet jeśli chodzi o wklepywanie danych do kompa w zamkniętym boksie).

No i to jest jeden z biegunów. Na drugim są operacje powiedzmy, hmm, o wątpliwej wadze czy przydatności życiowej.  Pisałam niedawno o dniu pierwszej komórki, pardon, komunii i szaleństwie zakupowym. Nie wspomniałam, że z racji tej uroczystości zaczyna być obecny trend operacji plastycznych u „komunistów”. Jakich? Np. korekta odstających uszu – ten zabieg rodzice wybierają najczęściej. Dziewczę z ładnie przylegającymi małżowinami pięknie prezentuje się w kwiecistym wianku, czyż nie? Chłopię kompleksów mieć nie będzie. Dziewczę zresztą też.

Widzieliście może cykl programów z Martyną Wojciechowską „Kobieta na krańcu świata”? Był taki odcinek kręcony w Wenezueli. Tam na operacje plastyczne u dzieci rodzice zaciągają kredyty. W dniu narodzin zakładają lokaty, a zaoszczędzone pieniądze pakują w różnorodne korekty. Jakie? Np. powiększanie pośladków lub wszczepianie silikonowych implantów w piersi u dziewcząt w wieku – proszę usiąść – 12-15 lat. Korektę odstających uszu lub krzywych nosów robi się już u pięciolatków. Implanty w piersiach na osiemnastkę to norma.

Po co to wszystko? W Wenezueli od małego hoduje się dziewczynki na miss. Kariera modelki jest tym, czym kariera piłkarska dla chłopca – to przepustka do lepszego świata. Ameryka Północna w tyle nie pozostaje. Pisałam kiedyś o wyborach małej miss. Żywe lalki Barbie na wybiegach – bezcenne.

Problem polega na tym, że nieśmiało bo nieśmiało, ale wenezuelskie wzorce zakorzeniają się na naszym słowiańskim gruncie. Nie można jeszcze mówić o powszechnym zjawisku i wątpię, żeby kiedykolwiek narosło ono do skali wielkiego problemu. Będziemy mieli raczej do czynienia z problemami jednostek.

Zastanawiam się, jaki komunikat otrzymuje dziecko prowadzone na – dajmy na to – korektę uszu z okazji… z jakiejś okazji, no. Przede wszystkim dowiaduje się, że coś jest z nim nie tak. Ma coś, czego mieć nie powinno i to coś rodzicom się nie podoba. Że jest jak gorszy model, który trzeba naprawić. Czy czuje się akceptowane takie, jakie jest? Czy czuje się kochane bez żadnych warunków? Jaki otrzymuje sygnał na płaszczyźnie samoakceptacji? Czy przypadkiem nie uczy się go, że wszystko w życiu zależy od wyglądu? Ot, dręczy mnie to i już.

Słowa kluczowe: ,

3 odpowiedzi odnośnie posta “Operacje plastyczne u dzieci”

  1. witkowomi pisze:

    Jeśli chodzi o operacje uszu, myślę, że dziecko w wieku komunijnym zdążyło już nasłuchać się od kolegów i koleżanek na podwórku, że jest „inne”, więc nie sądzę, żeby miało problemy z samoakceptacją. Znam takie dziecko i wiem, że teraz, po korekcie, czuje się dobrze w swojej skórze. Natomiast operacje piersi u dzieci w wieku 12 lat to przegięcie. Taki rodzic chyba nie jest świadomy, że dwunastolatce piersi jeszcze urosną! Poza tym, to chyba strasznie boli? A powiększanie pośladków? Szczerze mówiąc, słyszałam o tym, ale nie wiedziałam, że robi się to dzieciom. Kurczę, sama chętnie bym się pozbyła swoich „implantów”. A przynajmniej bym je zmniejszyła. A oni za to płacą… Nie, ja jednak jestem niedzisiejsza.

  2. Córa mojej przyjaciółki miała robioną korektę uszu, podobnie jak w Wenezueli jej rodzice zaciągnęli kredyt. Uszka faktycznie były jak u Kłapouchego, dziewczyna miała przechlapane w szkole, na podwórku. Dzisiaj jest piękną, mądrą i pewną siebie studentką:) Wtedy – 14 lat temu, wydawało się to idiotycznym kaprysem, niepotrzebnym ryzykiem (po przecież nawet zwykły zastrzyk może być ryzykowny a co dopiero operacja plastyczna). Dzisiaj być może tolerancja wśród dzieci czy rodziców jest większa, ale wiem że dzieci potrafią być okrutne. Jako dziecko nosiłam okulary, czułam się inna, gorsza. Nie jestem w stanie nawet spisać „ciepłych” słów jakimi raczyli mnie rówieśnicy. Tylko upór mojej mamy sprawił, że nosiłam te okulary i wada została skorygowana. Dlatego rozumiem te matki które decydują się na korektę uszu czy nosa. . Powiększenie biustu u 12-sto latki uważam jednak za przegięcie. Tudzież implanty w innych miejscach.

  3. A ja na własne oczy widziałam koronki na ząbkach u 4-letniej dziewczynki. Bo miała tę czarną próchnicę.

A Ty co myślisz?