Wychowanie seksualne, antykoncepcja i takie tam…
Zdarzenie nr 1.
14-letnia uczennica gimnazjum urodziła dziecko. O dziecku i o porodzie nikt nie wiedział. Urodziła w szkole, a dziecko po porodzie wrzuciła – nie pamiętam – zdaje się, że do jakiegoś pojemnika. Noworodka znalazł wuefista. To, że dziewczyna w ogóle była w ciąży, wyszło na jaw dopiero dzięki znalezieniu dziecka. Rosnącego brzucha nikt nie odkrył, mimo że normalnie chodziła do szkoły, ćwiczyła na wuefie. Nie mówiąc już o rodzicach. Konkretnie o matce. Ona też nie wiedziała nic. Jeszcze na dwie godziny przed porodem odpowiadała przy tablicy, a potem po prostu zwolniła się z lekcji, poszła do szatni i urodziła. Dziewczyna, jak się okazało, sypiała z pięcioma mężczyznami. Przez prawie rok. To oznacza, że w ciążę zaszła dość szybko, a potem przez prawie cały czas jej trwania panowie używali sobie równo.
Zdarzenie nr 2.
Rowerzysta znalazł w parku wózek stojący na uboczu. W wózku siedział półtoraroczny chłopczyk. Mężczyzna zaalarmował policję, bo nikogo z dorosłych nie było w pobliżu, i zaczęły się poszukiwania rodziców. Nikt nie zgłosił zaginięcia dziecka. Matka znalazła się po kilku dniach. 20-letnia dziewczyna powiedziała, że znudziła jej się czy też zmęczyła ją rola matki i po prostu zostawiła dziecko w parku, wepchnęła mu do łapy czekoladowy batonik i sobie poszła.
Na pewno słyszeliście o tych wydarzeniach. Było głośno we wszystkich mediach. Pierwsza reakcja była jaka? O, mniej więcej w tym stylu: "a to dwie suki pieprzone, zwierzęta nie ludzie, powiesiłabym taką na najbliższej latarni". Nie będę zapewniać, że myślałam inaczej. Problem jednak dostrzegam jako bardziej złożony.
Sytuacje takie, jak przytoczone wyżej, nie biorą się z niczego. Znamienny jest fakt, że obie dziewczyny były z pipidów. Ja przepraszam mieszkańców małych miejscowości, ale niestety świadomość społeczno-zdrowotna (tak to określę) wzrasta wraz z liczbą mieszkańców. I statystyki o tym mówią, i mogłam przekonać się o tym osobiście w szpitalu. Wystarczyło porozmawiać. Nie chcę tych dziewczyn bronić, mówić, że to nie one winne, a źle skonstruowany system. Ich wina nie ulega wątpliwości. Jednak o tym systemie chciałam dzisiaj słów parę.
Nie one pierwsze i nie ostatnie. A skoro tak jest, to znaczy, że mamy prawdziwy problem, Houston. Przyjrzyjmy się antykoncepcji. Ta naprawdę skuteczna (czyli hormonalna) jest w naszym kraju bardzo droga i trudno dostępna. Środki hormonalne nie są refundowane, a zatem ludzie o niskich lub żadnych dochodach nie mają na nią żadnych szans. Tabletki anty musi przepisać ginekolog, nie może tego zrobić internista. Skoro ginekolog, to trzeba się do niego dostać. Na wizytę często czeka się długo, a jeszcze częściej oznacza ona wyprawę do innej, większej miejscowości. Kolejna sprawa – środki antykoncepcyjne osobom nieletnim można przepisać tylko i wyłącznie za zgodą rodziców. Widzicie problem? Która nastolatka pójdzie do matki i powie: "mamo, chcę brać pigułki, zgadzasz się?".
Drążmy dalej sprawę małych miejscowości. Im mniejsza wieś, tym lepiej się wszyscy znają, wiadomo. Tabletki anty odpadają, wszelkie spirale, kapturki i środki plemnikobójcze także (wypisuje lekarz), zostaje prezerwatywa. I teraz weź i pójdź do sklepiku wiejskiego w celu zakupienia. Pomijając już fakt, że akurat będą na stanie. Jeszcze tego samego dnia pół wsi by trąbiło, że młoda Kowalska kupiła gumkę, pewnie się z kimś bzyka w krzakach. Z kim? No wiadomo z kim, pewnie z tym Nowakiem, co do niej przychodzi.
Efekt jest taki, że młodzi ludzie współżyją nieodpowiedzialnie, by nie powiedzieć kretyńsko, i bez żadnego zabezpieczenia. Ale utrudniony dostęp do środków antykoncepcyjnych to tylko połowa problemu. Znacznie ważniejszy, w moim pojęciu, jest skandalicznie niski poziom wiedzy na temat własnego ciała i mechanizmów nim rządzących. Dlaczego jest taki niski? Bo nikt o nim nie uczy.
Nie łudźmy się. Coś tam jest o plemnikach i komórkach jajowych nawet w czwartej klasie podstawówki (pamiętam, jak siedząc na ławce przed blokiem podniecaliśmy się z kumplami podręcznikiem do biologii), coś tam się jeszcze bzdnie w liceum, ale pobieżnie, ogólnie, wyrywkowo, bo przecież nie ma na to czasu. Program jest przeładowany, nikt nie będzie tracił czasu na pierdoły, a młodzież w dzisiejszych czasach i tak wie więcej, niż nam się wydaje. Wzdycham głęboko. O stanie tej wiedzy już kiedyś pisałam, kiedy przytaczałam wypowiedzi z rozmaitych forów ujęte ogólnym tytułem "czy mogę być w ciąży?".
Młodzi ludzie nie mają najmniejszego pojęcia o owulacji, dniach płodnych i niepłodnych, o tym, ile czasu żyje plemnik a ile komórka jajowa, objawach ciąży, metodach antykoncepcji itp. Co najbardziej "wyrobieni" (czytaj: posiadający największą wiedzę) stosują kulawą wersję kalendarzyka małżeńskiego i wierzą, że ich to uchroni przed niechcianą ciążą. Informacje czerpią z durnych gazetek dla lolitek, z forów, z chatów erotycznych i z opowiadań kolegów jeszcze głupszych niż oni sami. Słowem – z wielu źródeł, tylko nie od rodziców i nie ze szkoły.
Umówmy się, że na tych rodziców za bardzo nie ma jak liczyć. Oni sami prawdopodobnie więcej nie wiedzą (że wspomnę ciotkę jednej ze współspaczek w szpitalu, która zawodowo zajmuje się odczynianiem uroków rzuconych na noworodki), poza tym relacje rodzinne najczęściej są, jakie są. Ilu z was rozmawiało z rodzicami o seksie? Właśnie. Ja z moimi też nie rozmawiałam, żeby nie było wątpliwości. Pozostaje szkoła.
Żeby zapewnić jako taki poziom przekazywanych informacji, potrzebny jest – a nawet niezbędny, moim zdaniem – osobny przedmiot traktujący o życiu seksualnym człowieka. Pozbawiony jednakowoż moralizatorstwa i ideologii. Nie chodzi tutaj o jakieś inne wcielenie lekcji religii czy etyki. Chodzi o suche, biologiczne fakty, po to, żeby młodzi ludzie mieli świadomość, co się właściwie z ich organizmem dzieje. Potrzebne jest mówienie o konieczności stosowania antykoncepcji, jeśli już ktoś na współżycie się decyduje. Nie ma co tworzyć rzeczywistości iluzorycznej – połowa uczniów gimnazjów ma już za sobą inicjację seksualną! Nasze dzieci bzykają się, czy im tego zabraniamy czy nie. Tak po prostu jest. Nie musi nam się to podobać, a nawet nie powinno, bo to dla nich zdecydowanie za wcześnie, ale na pewne sprawy mamy niestety wpływ ograniczony. A skoro już się dzieje, jak się dzieje, trzeba działać tak, żeby skutki uboczne były jak najbardziej opłakane. Nie ma sensu przekonywanie młodzieży, że w tym wieku nie wolno czy też nie wolno przed ślubem. Nie będą słuchać. Takie gadanie mają głęboko. Trzeba im mówić, czego powinni się spodziewać, jeśli współżycie podejmują. Do kogo się zwrócić w razie kłopotów. Jak stosować środki antykoncepcyjne. Co zrobić, kiedy jednak zajdzie się w ciążę? Co zrobić, kiedy dziecka nie chce się wychować?
Chodzi mi nie o jednostkowe przedsięwzięcia w danej szkole, tylko o szeroko zakrojone rozwiązania systemowe. Zmiany w edukacji plus zmiany w dostępie do antykoncepcji. Po to, żeby nie było 14-latek rodzących w szatni w-f i wrzucających noworodki do kubła. Nie mam złudzeń – zmiany nie nastąpią w ciągu roku, dwóch czy nawet pięciu. Potrzeba będzie całego pokolenia. Ale warto się pomęczyć.
Niestety u nas, kiedy już pada taki pomysł, wszyscy zaczynają się żreć, jedni drugich oskarżają o morderstwa i deprawacje, a do wszystkiego włącza się Kościół ogłaszając, że edukacja seksualna to grzech śmiertelny i niszczenie młodego pokolenia. Na ulice wychodzą pikiety organizowane przez wiadome radio (i nie tylko), a żadna z partii nie weźmie na siebie ciężaru podjęcia decyzji, bo najpewniej okupiłaby to porażką wyborczą. Zwycięzcy z miejsca zmieniliby wcześniejsze ustalenia i całe przedsięwzięcie odesłali w niebyt. Myślę więc, że nic się nie zmieni, bo nie znajdzie się nikt odważny. Szkoda tych stołków dla kolegów. Lepiej trwać w zbiorowej hipokryzji a potem załamywać ręce nad newsami, które dostarcza telewizornia, i nad kobietami, które rodzą dzieci i zostawiają je w koszach albo w parku. Suki to jedne pieprzone, czyż nie?
A mnie jedno zastanawia. W takim kraju jak Wielka Brytania, gdzie coś na kształt wychowania seksualnego planują wprowadzić od 4 rż, gdzie pigułki antykoncepcyjne są darmowe, a aborcja jest dozwolona do 24 tyg. ciąży (btw. o ile mi wiadomo, ratuje się już 22 tyg. wcześniaki), odsetek ciąż nastoletnich należy do najwyższych w Europie. Co więcej, ilość kobiet poddających się kolejnym aborcjom znacznie wzrosła w ostatnich latach.
Powiem szczerze, że już sama nie wiem, co o tym myśleć. Niby wydaje się oczywistym tzw. edukacja seksualna bez, jak to mówisz, moralizatorstwa i ideologii jest konieczna, i osobiście uważam, że tak jest, bo trzeba znać własne ciało, ale może się okazać, że to nie jest lek na całe zło.
Jasne, że nie musi to być lek na całe zło. Pytanie tylko, czy próbując coś tracimy i czy nie próbując nie tracimy przypadkiem bardziej?
Tak na marginesie jestem zdeklarowaną przeciwniczką aborcji w każdym przypadku (z jednym jedynym wyjątkiem), a dlaczego i jak to sobie wszystko wyobrażam, o tym też spłodzę notkę
Witam, wszyscy znamy takie historie i każdy ma swoje zdanie na ten temat. Wiem, że należałoby zacząć od edukacji rodziców. Moi uczniowie uśmiechają się znacząco, kiedy rozmawiam z nimi o seksie i antykoncepcji. Nie jestem seksuologiem, ale o antykoncepcji wiem sporo, bo NAUCZYŁA MNIE TEGO MAMA!Wierzcie lub nie, ale moja mama zawsze swobodnie rozmawiała ze mną i braćmi o seksie. Dlatego nie pojmuję, jak to jest, że nikt nie zauważył zaawansowanej ciąży! Nie czaję, ręcę mi opadają…
A ja się z tobą zgadzam w całej rozciągłości tematu. Miałam w gimnazjum koleżankę (dziś klasa maturalna), która na chwilę obecną może się pochwalić dwójką dzieci: 2 lata i 3 miesiące. Wychowuje je ledwo, z ogromnym trudem. Obydwoje to dzieci niechciane z tak zwanego przypadku. Dziewczyna mieszka w domu samotnej matki i samo to, że się tymi maluchami opiekuje, jest cudem! Pochodzi z rodziny patologicznej i jedynym miejscem, w jakim mogła się coś niecoś o tym, jak powstają dzieci dowiedzieć, jest szkoła. Ta – jak większość – nie nauczyła jej niczego w tym względzie, a efekty są widoczne jak na dłoni. Zdecydowanie jestem za jakąś akcją propagującą zapobieganie takim sytuacjom.
A może rodzice powinni zostać przeszkoleni, żeby pozbawić ich wstydu związanego z tym tematem?
Nie ma co się łudzić że rodziców przeszkolisz, nie tak łatwo zmienić mentalność budowaną przez wieki, wedle której ciało jest niedobre, grzeszne a sprawy seksu mocno wstydliwe. Tu raczej trzeba walczyć o młodsze pokolenia. Po pierwsze obowiązkowa edukacja w szkole (byle nie prowadzona przez katechetkę lub inną osobę z dodatkiem indoktrynacji katolickiej), po drugie my, jako rodzice, którzy miejmy nadzieję jakoś się przełamiemy i zaczniemy rozmawiać z dziećmi. I może to coś pomoże
Zgadzam się z Marlenicą no i również z Kruszyzną. Rodzicom nie zaszkodziłoby co prawda jakieś małe przeszkolenie jak mają rozmawiać ze swoimi dziećmi o seksie i o tym, że nie trzeba z tym czekać do 18stki i że są książeczki już dla przedszkolaków, ale szkoła przede wszystkim powinna się tym zająć. Tam, poza domem, dzieciaki spędzają najwięcej czasu, tylko takie zajęcia powinien prowadzić ktoś, kto nie wstydzi się takich tematów, ma dużą wiedzę teoretyczną, ale także jakąś praktyczną (duchowni i katecheci w sumie odpadają
) Może wtedy z czasem sytuacja by się poprawiła…
Ja zamierzam z córką rozmawiać o takich rzeczach jak najwcześniej, dostosowując oczywiście wiedzę do jej wieku
@witkowomi
A gdzie przeszkolisz tych rodziców? Urządzisz pogadanki osiedlowe z psychologiem? Kursy rodzicielskie? Wszystko, jak widzisz, wraca do szkoły, bo i rodzicie byli kiedyś uczniami i wiedzę powinni zdobyć o wiele wcześniej, niż zdobyli. A uczniowie będą kiedyś rodzicami.
Jeśli Twoja mama rozmawiała z Tobą otwarcie, to naprawdę wspaniale i szczerze Ci tego zazdroszczę. Mam nadzieję, że ja tak samo z moją córką (lub córkami, bo jeszcze nie wiem, co to za dwójka w moim brzuchu mieszka) będę rozmawiać otwarcie i mam nadzieję, że będzie miała do mnie zaufanie. Życie mnie rozliczy. Jak zwykle
No właśnie, nie mam możliwości szkolenia rodziców, a szkoda! Słyszę, co dzieciaki mówią o domowej edukacji i ręce mi opadają. Na szczęście tych wyedukowanych jest coraz więcej. Oni są troszkę zawstydzeni tym, że zaczynam ten temat, ale jak się rozkręcą widać, że chcialiby się czegoś dowiedzieć. A ja, dzięki liberalnej mamie, nie mam oporów. Tak więc, dajcie mi parę lat, to podszkolę własne i cudze dzieci;-))
W takim razie oby udało Ci się podszkolić jak najwięcej. BO jest tak, jak piszesz: oni chcą wiedzieć. A nie mają skąd zdobywać wiedzy. TO znaczy mają, ale co to za wiedza…
W drugim przykładzie dziewczyna pochodziła z miasta z liczbą mieszkańców ok. 300 tys. – więc to chyba nie pipidówa? Rozumiem, że Wy z miasta ale bez przesady…. Nie ukrywajmy: Króluje „wiedza podwórkowa” (przekaz szkolny pozostawia wiele do życzenia) ale chyba sami sobie jesteśmy winni. W domach nie rozmawia się o seksie. Zacznijmy więc od własnego podwórka a za parę lat społeczeństwo będzie super wyedukowane:)
Tego nie wiedziałam. Może to wina mediów, które tak serwowały newsy, że brzmiało to, jakby dziewczyna pochodziła z zapadłej wsi. To nie zmienia jednak statystyk i ogólnej sytuacji. Fakt jest taki, że w małych miejscowościach o świadomość i edukację znacznie trudniej niż w dużych. Do tego dochodzi to, że w wiekszych panuje większa anonimowość (to i wada, i zaleta), a w mniejszych wszyscy się znają. No i tak jak napisałam – utrudniony dostęp do lekarzy. Ja, żeby zdobyć pigułki, dzwonię do przychodzi – jednej z bardzo wielu przychodni – rezerwuję wizytę i docieram na miejsce w ciągu 30 minut w umówionym terminie. W małych miejscowościach wyprawa do lekarza zabiera często cały dzień, a i wybór jest o niebo skromniejszy. Motywacja do wyprawy jest mniejsza, jeśli wiesz, że musisz jechać PKS-em, potem gdzieś tam, a PKS jeździ trzy razy na dzień, prawda? Kwestia finansowa – w małych miejscowościach trudniej o pracę, zarobki są niższe. Mniej ludzi stać na porządną antykoncepcję.
Dlatego jestem za zmianami w dostępności środków antykoncepcyjnych (poluzowanie przepisów, refundacja) i masową edukacją. Ale to praca na lata, a my jesteśmy na etapie eugleny zielonej.
Zgadzam się w 100 procentach z autorką, to niestety kobiety są wciąż największymi ofiarami zacofania,pseudoreligijności a przede wszystkim ,, a co sąsiad powie”.Z tych powodów dziewczyny są zmuszne do slubów choćby przyszły ,,bił i pił” najważniejsze, co sąsiad powie.Kupujesz prezerwatywy jesteś dziwką a jak widzą Cię w ciąży to zostajesz największą ladacznicą, czyli i tak źle i tak nie dobrze.Najświętsi zostają Ci, co w pierwszych ławkach siedzą w kościele a skrobanki córkom załatwiają żeby się nie daj boże nikt nie dowiedział. To niestety przeświadczenie że antykoncepcja jest grzechem jak i wysoka jej cena, trudny dostęp do ginekologa i zwykły wstyd ,,dziewczyny z pipidówy” przed jej zakupem prowadzą do nieszczęść, gdzie ofiarą staje się nie tylko kobieta ale i jej dziecko posiadające bezrobotną matkę i ojca kata, ,,ktory z musu się musiał żenić”.