Banda Uszatka, Krecika i Reksia
Jakiś czas temu było o tym, jakie bajki ogląda 2-latek lub insza dziecięca starszyzna. Obiecałam wtedy wrócić do trzech bajek, których wówczas nie omówiłam (notka rozrosła się wręcz gargantuicznie), a do których sentyment niejaki mam. Sentyment ten zresztą jest mocno przetworzony przez rzeczywistość czasów obecnych. Dziś więc wzdycham za PRL-em. Na tapecie Miś Uszatek, Reksio i Krecik.
Przyznaję bez bicia, że Miś Uszatek mocno przeze mnie niedoceniany był. W dzieciństwie.
Niezwykle irytowało mnie to, co dla odmiany dzisiaj doceniam, czyli fakt, że pod wszystkie postaci głos podkłada ta sama osoba. Oraz to, że Uszatek nie jest animowany jak Kaczor Donald na przykład. Moje dziecko na szczęście nie ma takich dylematów i Uszatka lubi. Miś co prawda został ostatnio brutalnie wyparty na margines przez kreskówki mniej prehistoryczne, czyli np. Strażaka Sama, ale co jakiś czas do niego wracamy.
I dobrze, bo to mądra bajeczka jest. W każdym odcinku jest jakaś historia, jakiś morał i czegoś można się nauczyć. A to że nie można wyjeżdżać na wrotkach na ulicę, albo że nie wolno okłamywać mamy, albo że okulary są potrzebne i nosić je wcale nie jest wstyd. Takie typowe przedszkolakowe sprawy. Do tego dochodzi naprawdę świetna muzyka i kunszt narratora, który każdej postaci nadaje indywidualny rys. Odcinki są krótkie – 10-minutowe – czyli w sam raz dla dzieci w wieku przedszkolnym. Misia polecam gorąco. Jeśli macie możliwość go zdobyć, to nawet się nie zastanawiajcie.
Reksio. Reksio zawładnął mym sercem i wcale nie myśli się z niego wyprowadzać. A ja go nie wyrzucam. Kocham Reksia miłością dozgonną i pewnie jeszcze moim wnukom (daj, Panie Boże) będę go proponować.
Mamy odcinki od najstarszego – z 1969 roku – do ostatnich wyprodukowanych – z 1990 roku. W każdym znajduję sporą dawkę humoru (niestety często niedocenianego przez dzieci, bo po prostu kierowanego nie do nich, a do ich rodziców), w każdym jest jakieś pozytywne przesłanie. Pies jest poza tym niezwykle sympatyczny, pomocny, z dobrym sercem, choć czasami potrafi zawarczeć i nawrzeszczeć na upierdliwe ptactwo podwórkowe lub przetrzepać skórę lisowi podkradającemu jajka. Reksio uroczo cieszy się na widok michy i pana, który mu ją przynosi.
Nieocenioną zaletą bajeczki jest to, że nie ma tam dialogów. Jest tylko odpowiednio skomponowana muzyka. Po pierwsze zostawia to pole do wyobraźni i zmusza do myślenia, a po drugie umożliwia mi, wapniakowi, opowiadanie mojej dziewczynie, o co chodzi i co się teraz dzieje. To jest też trening dla mojej wyobraźni. Po prostu podkładam głos pod poszczególne postaci. Oczywiście z umiarem, żeby nie zasłonić sobą całości. Już odkryłam, że jest to bardzo rozwijające dla nas obu, a dziecię zasłyszane dialogi stosuje potem we własnych zabawach. Nigdy byście nie wpadli na to, jaką kwestię plastikowa ciężarówka potrafi palnąć do pluszowej żyrafy
Reksia można zatem oglądać samodzielnie, ale naprawdę warto razem – to bardzo dużo daje. Szczerze tę metodę polecam.
Krecik jest już postacią kultową. Podziwiałam i ja, póki nie zaopatrzyliśmy się w całą serię. Od najstarszego krecika, który dostał niebieskie spodenki…
… po najnowsze kreciki, które powstawały już w XXI wieku.
Największy sentyment mam do Krecika z betonowego PRLu. Właściwie Czechosłowackiej Republiki Ludowej. Świetność przypada na lata 70-te i 80-te, zupełnie jak w przypadku naszego Uszatka i Reksia. W przeciwieństwie jednak do dwóch ostatnich Krecik transformację ustrojową przetrwał, nawet rozdział na Czechy i Słowację nie zrobił na nim większego wrażenia. Mogę więc oglądać odcinki z 2002 lub 2003 roku.
Tylko że nie bardzo chcę. Bo w przeciwieństwie do Krecika realnego socjalizmu, ten kapitalistyczny jest po prostu głupi. Odcinki są durne i o niczym, jakby scenarzyście wraz ze zmianą władzy kompletnie wyparowała wena. Krecik nigdy nie mógł się mierzyć z Reksiem – w moim odczuciu – ale współczesna wersja powala infantylizmem. W odcinkach sprzed lat 40 lub 30 coś się dzieje, wszystkie opowiadają jakąś historię, są po prostu o czymś. W przypadku nowszych nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś jakoś chce te 5 minut z kawałkiem zapewnić.
Na dodatek irytuje mnie ta nowa kreska. Wielkie oczy u Krecika, myszki i królika.
Wreszcie kontrowersje. Obrazek, który widzicie powyżej, przedstawia jeden z odcinków, w którym króliczyca rodzi. Wiem, że dzieci reagują różnie. Moje odniosło się do tego ze stoickim spokojem, ale siostrzeniec był autentycznie przerażony. Dlaczego? Bo między nogami króliczycy pojawia się wielka dziura, a ona sama jęczy i jęczy. Ewidentnie dzieje jej się krzywda. A potem wytaczają się na trawę trzy małe króliczki, które z miejsca zaczynają tańczyć razem z Krecikiem i szczęśliwym ojcem. Nie wiem. Czy naprawdę chcemy kilkuletnie dzieci informować o tym, jak wygląda poród? Czy to jest niezbędne w procesie wychowania? Mam wątpliwości.
Jeśli więc miałabym Krecika polecić, to po wcześniejszej selekcji. Odcinki z lat 90-tych i nowsze won. Zostawić starsze, bo warto. Przynajmniej mam świadomość, że nie serwuję dziecku durnej papki.








Niegdysiejsze bajki miały to do siebie, że (w zdecydowanej większości) były mądre i pouczające, w prosty, naturalny sposób. Teraz o to jakby trudniej.
Niemniej z współczesnych baj polecam „Baranka Shauna” („Shaun the Sheep” – tych samych producentów, co „Wallace i Gromit”). Swego czasu emitowała ją Dwójka, ale spokojnie można ją też znaleźć w Internecie – jak „Reksio” jest bezdialogowa, a do tego zabawna, z ciekawie zarysowanymi postaciami. Śmieszy nie tylko maluchy, ale i rodziców.
O, o baranku nie słyszałam. Dopisane, dzięki
Kruszyzna, Baranek Shaun wymiata!!! W ogole jest jeszcze wersja z barankiem w przedszkolu, chyba „Tiny time”, sprawdze to dopisze jak sie pomylilam. Richard Goliszewski odwalil tam kawal dobrej roboty
Sikam ze smiechu, ogladam na kanalach niemieckich, holenderskich, na BBC… Wszedzie, gdzie sie da! I swietna muzyka!!!
O rany, nie Tiny a Timy, i to przez dwa „m”, ale mi sie kliknelo… Przepraszam! Link do googlowa: http://www.google.nl/search?q=timmy+time&hl=pl&client=firefox-a&hs=qUX&rlz=1R1GGIC_en___GB344&prmd=ivs&source=lnms&tbs=vid:1&ei=LP4ITLGKHpKaOIaIpQw&sa=X&oi=mode_link&ct=mode&ved=0CBIQ_AU, tam sa odcinki „Timmy time”.
No, zdobyłam baranka. Uryczałam się po pachy, rechotałam jak nie wiem co, ale to nie jest bajeczka dla dzieci! Nie żeby treść była nie dla dzieci, bo treść jest zupełnie bezpieczna, ale humor jest zdecydowanie dla dorosłych. A przynajmniej nastolatków
Dwulatek i przedszkolak kompletnie nie zajarzy. I teraz jest tak, że ja rżę do telewizora, a dziecko cieszy się tym, że są owieczki, jest piesek, od czasu do czasu pojawia się byk. I nic więcej. Krzywdy bajeczka oczywiście nie zrobi, a animacja jest świetna, ale wszystkie walory doceni dopiero dorosły. To tak jak z Sąsiadami produkcji czeskiej
Niewazne, Kruszyzna, moj rzy ze mna do telewizora a nie kuma jeszcze czemu
Moim zdaniem, „Timmy time” jest jak najbardziej dla dzieci i wlasnie traci troche tego „doroslego” humoru. Przygody baranka w przedszkolu sa okazja do moich napadow pedagogicznego wyzywania sie na potomku