Wiecie, jaka jest najbiedniejsza grupa ludzi w Polsce? Nie, nie emeryci. I nie renciści. I nie rolnicy. To, proszę ja was, rodziny wielodzietne. Przypomnę, że w naszym kraju wielodzietność zaczyna się od trójki dzieci. Ponieważ już za chwileczkę, już za momencik będę tworzyć rasową rodzinę wielodzietną, zaczął mnie ten temat żywo interesować. Zapędziłam zwoje mózgowe do roboty (tuszę, że nie mam pod czaszką dwóch półdupków – jakby to powiedziała Gretkowska) i doszłam do wniosku, że rodziny wielodzietne między innymi dlatego są w ogonie, że brakuje w Polsce przedszkoli i żłobków.

Co ma piernik do wiatraka? A ma. Jak widzicie, nie piszę o tym, jakie to małe jest wspomożenie finansowe państwa dla rodziców wychowujących dzieci, bo małe jest. Rozwiązanie problemu nie polega jednak na zastrzyku pieniędzy, tylko na szeroko zakrojonym działaniu.

W Polsce jest skandalicznie mała ilość przedszkoli i żłobków. Placówki zostały radośnie polikwidowane, kiedy przyszedł czas niżu demograficznego. Rządzący, zamiast pomyśleć nad restrukturyzacją i programem, co zrobić z przedszkolami, kiedy brakuje w nich dzieci, uznali, że najtaniej będzie się ich pozbyć. I racja. To było najtańsze. Tyle że zgubne w skutkach. Bo zlikwidować przedszkole łatwo, ale utworzyć nowe już nie bardzo.

Tymczasem pokolenie urodzone w latach 70-tych i na początku 80-tych zaczęło się zadzieciać, aż przyszedł moment, że ich pociechy osiągnęły wiek przedszkolny. Wyż produkuje następny wyż – to jest nieubłagane. Dlatego od pewnego czasu media serwują nam relacje z dantejskich scen, jakie rozgrywają się wśród rodziców chcących zapisać swoje dzieci do przedszkola. Jakieś komitety kolejkowe, wystawanie przez całą dobę, stacze kolejkowi wrócili do łask. Kłótnie, przepychanki i psioczenie na całą rzeczywistość.

A jest na co psioczyć. W najbliżej mnie położonym żłobku w tamtym roku były 2 (słownie: dwa) wolne miejsca. Podań – 80. Moi znajomi mieszkający niedaleko mnie wożą dziecko do przedszkola na drugi koniec miasta (ponad 20 km przez legendarne wrocławskie korki), bo nigdzie indziej się nie dostało.

A ja i tak mam niewiarygodne szczęście, że żyję w sporym mieście, gdzie jest 700 tys. mieszkańców. Rodzice z małych miasteczek i wsi w ogóle nie mają możliwości jakiegokolwiek starania się o miejsce, bo tam przedszkoli najzwyczajniej nie ma. Przykład: poznana w szpitalu dziewczyna mieszka w małym podwrocławskim miasteczku. Do pracy dojeżdża pociągiem, a pracuje we Wrocławiu. Pod domem, owszem, ma przedszkole. Jedno na całą miejscowość. Czynne od 7 do 16. Choćby stawała na rzęsach, nie zdąży zaprowadzić dziecka przed pracą i zdążyć na pociąg ani odebrać po pracy, bo pracuje również do 16. Trzy spóźnienia w odebraniu dziecka powodują skreślenie go z listy – na to miejsce jest wielu chętnych. Wyjście ma jedno: wozić dziecko ze sobą pociągiem do przedszkola otwartego w godzinach od 6 do 18. Jest takie u nas. Wyobrażacie sobie te podróże w zimie?

Dobra i teraz co ma piernik do wiatraka. Jeśli rodzice nie mają możliwości oddania dzieci do przedszkola, to kto zostaje z nimi w domu? Matka. Jeśli jest babcia, to gites, ale nie zawsze jest, a na nianię stać raczej mniejszość niż większość. Matka więc zostaje w domu, przez co przerywa pracę zawodową. Rodzina zaczyna mieć mniej pieniędzy, bo pracuje tylko ojciec. Matka za to ma potem problem z powrotem do pracy (kilka lat w domu i wypada się z obiegu), dalej więc siedzi w domu. Rodziców nie stać na szerszą edukację dla dzieci. Odpadają kursy komputerowe, językowe i inne. W dalszej kolejności odpada wyjazd na studia – za akademik lub stancję trzeba płacić, przynajmniej na początku, póki młode nie znajdą pracy, a nie zawsze można studiować i pracować jednocześnie. Dzieci mają więc gorsze wykształcenie, a co za tym idzie gorsze warunki na rynku pracy. A to jest prosta droga do ubóstwa przekazywanego z pokolenia na pokolenie.

Żeby tym rodzinom żyło się lepiej, oboje dorosłych powinno pracować. Takie są ekonomiczne realia. A nie mogą pracować, bo nie ma co zrobić z dziećmi.

Dodatkowo problem pogłębia fakt, że jeśli już przedszkole jest, to najczęściej czynne do 16, co najwyżej do 17. I nawet za publiczne placówki trzeba płacić. We Wrocławiu jest to – o ile się nie mylę – około 400 zł miesięcznie. Paranoja. Nie mówię już o tym, że na wsiach nikt o czymś takim jak przedszkole nie słyszał.

Dlaczego się zżymam? Bo widzę, że rządzący tracą czas na – pardon le mot – pierdolenie o popieraniu bądź też nie aborcji, o wyborze szefa NBP i IPN, biją pianę na temat parytetów, a nie zajmują się tym, co naprawdę ważne i co może znacząco poprawić sytuację ekonomiczną całego kraju. Więcej ludzi pracujących, to większe możliwości państwa. To lepsza stopa życiowa i lepszy los przyszłych pokoleń. Nikt się tym oczywiście na serio nie zajmie, bo problem jest mało medialny, a ludzie, skoro od lat sobie radzili, poradzą sobie i teraz.

Pomijam tutaj problem rodzin patologicznych, które bez opamiętania mnożą się jak króliki i potem media z okazji Bożego Narodzenia albo innej Wielkanocy serwują nam łzawe newsy z prośbą o pomoc dla rodziców szesnaściorga dzieci żyjących w nędzy.  Marzą mi się po prostu bezpłatne i łatwo dostępne w każdej miejscowości przedszkola i żłobki. Głupia jestem, wiem.

Share →

16 komentarzy do Co się stało z naszym przedszkolem?

  1. Asiek pisze:

    > Żeby tym rodzinom żyło się lepiej, oboje dorosłych powinno pracować. Takie są
    > ekonomiczne realia.

    ewentualnie pensja męża powinna wystarczyć na godne życie całej ekipy. A nie na przeżycie od pierwszego do pierwszego (a i to nie zawsze). Ceny mamy od jakiegoś czasu zachodnie, przydałoby się dostosować do nich zarobki…

  2. tafranca pisze:

    Nie. Nie zgadzam sie, zeby rozwiazaniem bylo placenie wiekszych pieniedzy ojcom rodzin. Kobieta, ktora zostaje w domu i decyduje sie na wychowywanie dzieci powinna otrzymywac wynagrodzenie. To waloryzuje jej trud i poswiecenie wlozone w wychowanie dzieci. Pozwala jej rowniez zyskac jakos malenka niezaleznosc materialna. Uzaleznienie finansowe od meza moze (i niestety w patologicznych rodzinach tak sie dzieje) prowadzic do ubezwlasnowolnienia kobiety.
    Dla mnie feminizm to mozliwosc wyboru. Jesli mam zyczenie moge zostac w domu jako Pani Domu (kura mi sie nie podoba) i budzet na tym nie ucierpi, lub jesli wole – moge zrobic kariere gdziekolwiek chcialabym (= zgodnie z kwalifikacjami etc). Znam kobiety, ktore cierpia, bo sytuacja zmusza je do pozostania w domu i znam takie, ktore cierpia, bo MUSZA wrocic do pracy. Nie ma tu prostych rozwiazan.
    A zlobki i przedszkola – skandal. Prywatna inicjatywa, osiedlowa i lokalna wspolnota – to tez sa jakies rozwiazania. Ale trudno sie organizowac, kiedy kazdy sobie rzepke skrobie, a sasiedzi nie mowia sobie nawet dzien dobry….

  3. kyja pisze:

    oo właśnie! to jest moja bolączka odkąd się zadzieciłam.Opłaty za przedszkole państwowe we Wrocławiu rzeczywiście kształtują się w ok 400 zł, zakładając,że dziecko chodzi przez cały miesiąc do przedszkola (gdy choruje i i nie idzie-koszt jest pomniejszany o każdy dzień nieobecności dziecka) i bierze udział w obowiązkowych, płatnych(sic!!) zajęciach z rytmiki i np zajęć teatralnych, do tego angielski, zajęcia plastyczne, karate czy szachy.Owszem, któs powie,że nie muszę zapisywać dziecka na ten angielski,owszem, nie musże, ale jak będize się czuło moje dziecko gdy się okaże,że jako jedyne w grupie nie ma zajęć z angielskiego?Słyszałam od znajomej,że miesięczna opłata za przedszkole Dzierżoniowie na przykład(niewielkie miasteczko mały kawałek od Wrocławia) kształtuje się ok 200 zł, w Świeradowie Zdroju podobnie.No, w żłobkach podejrzewam,że teraz opłaty są ciut niższe( nie ma karate czy szachów).Najbardziej wkurza mnie ględzenie polityków co jakiś czas-zazwyczaj na okoliczność wyborów-o tzw polityce prorodzinnej, do tego co jakiś czas media wszelakie straszą okropnymi wręcz skutkami tego,że generalnie słabo Polacy się rozmnażają,że padnie system emerytalny ( bo kto będzie pracował na nas, gdy będziemy emerytami?), itd, itp.Podsumujmy, co mamy-my rodzice -z tej naszej polityki prorodzinnej:
    -becikowe-bodajże w 2005 r uchwalone, 1 tys na 1 urodzenie, no, wypas normalnie, nie wiadomo na co wydać, zwłaszcza,że zapewne większość rzeczy dla potomka kupujemy przed jego narodzeniem;
    -hmm, coś jeszcze?no dobra, urlop macierzyński, ostatnio coś drgnęło i jednak o tydzień lub 2 od kilku lat jest i będzie wydłużany, no i tacierzyński-niezły wypas, taka kropka nad „i”.Więcej działań w ramach polityki prorodzinnej nie dostrzegam, sorry.Albo ograniczona jestem i oczywistych oczywistości nie widzę lub mnie nie dotyczą?
    Oprócz przedszkoli-Kruszyzna, wyczerpałaś temat nieźle:)!są jeszcze prywatne placówki, ale ceny średnio za miesiąc kształtują się jakoś podobnie jak za nianię!-wkurzają mnie jeszcze ceny za ubranka i akcesoria dla dzieci, a tak konkretniej wkurza mnie to,że podatek wynosi aż 22% !w Anglii zdaje się go nie ma na rzeczy dla dzieci lub jest jakiś totalnie minimalny.Wnioskuję to po tym,że nierzadko spotkałam się z tym,ze ceny ubranek czy akcesoriów dla dzieci w Anglii są niższe lub takie same jak nasze ( niezależnie od kursu walut!).Tylko pensje nie te…Smutne to.Przecież można zmniejszyć ten podatek-żeby odciążyć rodziców i zachęcić do rozmnażania,a zwiększyć w innym sektorze,żeby ta równowaga w przyrodzie była…Eh, może ktoś podzieli się jakąś informacją pocieszającą:)?

  4. kyja pisze:

    …ale się rozjuszyłam:)!od razu ciśnienie mi skoczyło i dostałam pałera ,hehehe

  5. tafranca pisze:

    Niektore zaklady pracy (prywatne duze firmy) zaczynaja widziec problem i tworza dla dzieci pracownikow zlobki/przedszkola. Taka zajawke czytalam niedawno. I to jest plus.

  6. kruszyzna pisze:

    „są jeszcze prywatne placówki, ale ceny średnio za miesiąc kształtują się jakoś podobnie jak za nianię!”
    Koło mnie otworzyły się ostatnio cztery przedszkola – wszystkie prywatne. Koszty – taka właśnie ciut tańsza niania (niania we Wrocku około 1200-1300 zł, przedszkole prywatne około 900 zł). I teraz wyobraźmy sobie, że mamy nie jedno dziecko, bo to jeszcze jakoś wysępimy kasę, ale trójkę w wieku przeszkolnym. Za państwowe przedszkole już mamy 1200 zł, a za prywatne – bo do państwowego mogą się nie dostać – 2700 zł. To jest już jedna pensja, a jeszcze trzeba się utrzymać.

    @Asiek
    No właśnie, tylko że stosunkowo rzadko wystarcza :(

    @tafranca
    Nawet jeśli matka dostawałaby pieniądze za bycie panią domu (bo przecież to jest zatrunienie na 24 godziny na dobę!), to wszystko sprowadza się do tego samego: zarabiają obydwoje rodzice. I tu jest pies pogrzebany.
    Inicjatywa sąsiedzka jest bardzo cenna, ale wszystko jest fajnie, jeśli mieszkamy w mieście. A tutaj chodzi o to, że największe bezrobocie i największa bieda jest w małych miejscowościach i na wsiach. Do tego dochodzi niezbędna zmiana mentalności, ale mentalność nie drgnie bez jakiegoś odgórnie zarządzonego pospolitego ruszenia.

    Jeden z kandydatów na prezydenta ma takie hasło, że wprowadzi narodowy program budowy żłobków i przedszkoli. Fajnie brzmi, tylko że to bajer na kółkach. Bo jako prezydent mógłby co najwyżej wystąpić z prezydencką propozycją odpowiedniej ustawy, nie ma żadnych innych możliwości prawnych. Wszystko i tak zależy od tego, czy i kiedy zajęliby się tym projektem posłowie i oczywiście co z niego zostałoby na finiszu.

  7. tafranca pisze:

    Racja, Kruszyna…
    ale sytuacja na wsiach jest problemem daleko bardziej skomplikowanym i akurat tam nie od zlobkow i przedszkoli bym zaczynala…
    akurat na wsiach ludzie zyja w jakis sposo blizej siebie, nie sa tak anonimowi, wiec o lokalne inicjatywy moze byloy latwiej?
    Zmiana mentalnosci…tylko kurcze jak? Nie jestesmy spoleczenstwem obywatelskim. Zrywy narodowe mamy piekne, ale co z tego…
    Aj, a my, mimo wsszystko chcemy wracac…lepsze cebula z rodzina niz kawior tutaj…

  8. Theli pisze:

    Racja, z jednym wyjątkiem – nie muszą być bezpłatne. Nie widzę powodu, dla którego oboje pracujących rodziców nie mogłoby choć trochę wspomagać przedszkola (wiem, i tak idzie z podatków, ale po drodze te podatki się mocno rozpływają). Jeśli za te kilka moich złotych dziecko ma mieć lepsze jedzenie czy nowe klocki, to jak najbardziej – utrzymanie dziecka w domu (jedzenie, zużyta energia, woda) też przecież kosztuje.

  9. kruszyzna pisze:

    Tak, niech jakaś opłata będzie, ale 400 zł? To trochę dużo jak na państwową placówkę, tym bardziej że w konstytucji mamy zapisane prawo do bezpłatnej edukacji bez precyzowania, na jakim poziomie (od przedszkoli po uczelnie wyższe). Tymczasem bezpłatna nauka to jak bezpłatna służba zdrowia – jedna wielka fikcja.

    Poza tym druga kwestia: przy jednym dziecku opłatę jeszcze można przełknąć. Ale jeśli masz trójkę w wieku przedszkolnym, to już mocno bije po kieszeni.

    Problem z naszym państwem polega na tym, że nie daje żadnego wsparcia rodzinom posiadającym troje dzieci. Lub więcej. Nie chodzi o dotacje, pieniądze i tego typu szmery bajery. Wiadomo, że becikowe niczego nie załatwia. Rzecz w tym, że nie wprowadza się np. ulg podatkowych czy innych rozwiązań prawnych i działań systemowych, które by sprawiły, że ludzie przestaną bać się mieć dzieci. Bo z jednej strony trwa ogólnopolski lament, że naród ginie i za dziesięć lat będzie nas o dwa miliony mniej, a z drugiej strony nie robi się nic, by tę sytuację zmienić.

  10. tafranca pisze:

    Mnie dziwi, ze nie potrafimy sie uczyc na dobrych przykladach w Europie. Dzietnosc we Francji jest jedna z najwiekszych w Europie – i nic dziwnego. Spore ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych zachecaja do posiadania dzieci. Zlobkow i przedszkoli nie ma zbyt wiele, w pierwszej kolejnosci przyjmowane dzieci rodzicow z niskimi zarobkami. Koszt niani/opiekunki, przedszkola etc zwrotny w 50% (takoz np pani do sprzatania) – odpis od podatku. Doplaty do wypoczynku rodzin w zakladach pracy. I dbalosc o kobiete. O to, zeby chciala i mogla rodzic wiecej – wiec np fizykoterapia krocza i miesni miednicy po porodzie. To sa tylko przyklady.
    To samo z reforma zdrowia. Dlaczego nie ma koszyka podstawowego i dodatkowego ubezpieczenia prywatnego?
    Wiem, ze na zmiany trzeba czasu. Odwagi. I pewnosci, ze jak jeden rzad zacznie to nastepny pociagnie dalej, a nie zniszczy i zadepcze…

  11. Theli pisze:

    400 w państwowym to rzeczywiście sporo, my płacimy niewiele ponad 300 łącznie z zajęciami dodatkowymi, a rodziny wielodzietne płacą mniej za kolejne dzieci (o ile są w tym przedszkolu – dobre i to). Edukacja jest bezpłatna, ale w przedszkolu dochodzi jeszcze np. koszt jedzenia.

  12. kruszyzna pisze:

    Koszt jedzenia – oczywista sprawa. Tak samo dodatkowe zajęcia – wiadomo, że nikt nie robi tego w czynie społecznym. Dobrym rozwiązaniem byłoby jednak – tak sobie gdybam :) – umożliwienie rodzicom odpisania sobie od podatku (nie od dochodu, bo to nic nie daje) przynajmniej części kosztów poniesionych na uczęszczanie dzieci do przedszkola. Wtedy to miałoby jakieś ręce i nogi. Albo np. jeśli dzieci nie dostały się do publicznego przedszkola i muszą chodzić do prywatnego, refundowanie części kosztów przez państwo. Z próżnego to i Salomon nie naleje, zanim więc wprowadziłoby się te zmiany, trzeba by było przeorganizować całą dystrybucję pieniądza, żeby środki na to zdobyć. I tu jest pies pogrzebany :) Nie ma odważnego, któryby się tym zajął, bo ryzykuje, że w następnych wyborach go nie wybiorą. Ot, rzeczywistość.

  13. Agnessa pisze:

    Coraz częściej pojawiają się plany wprowadzenia obowiązkowej edukacji przedszkolnej. Obowiązek wprowadzić łatwo gorzej ze stworzeniem nowych miejsc w przedszkolu..

  14. kyja pisze:

    znajoma ma 2 dzieci w przedszkolu-synek chodzi do grupy z moim Michałem, córeczka do grupy rok niżej-gdy oboje uczęszczają do przedszkola pełny miesiąc, znajoma płaci wówczas 800 zł, ulgi u nas nie ma z tytułu rodzeństwa.Koleżanka oddaje małego do prywatnego przedszkola (nie załapała się na państwowy), miesięczny koszt to 1100 zł-gdyby nie to,że do staje od ex-męża spore alimenty na dziecko, nie stać byłoby jej na przedszkole lub nianię zamiast.Smutne.Myślę,że póki co władze lokalne powinny dążyć do tego,aby otworzyć jak najwięcej placówek nawet takich żłobko-przedszkolnych, połączonych i zniżki dla rodzin wielodzietnych.Powiem Wam,że zastanawiam się czy uda mi siew przyszłości zapisać córeczkę do żłobka-nie stać nas na to,żebym była na dłuższym urlopie wychowawczym.Na nianię czy prywatną placówkę nas nie stać.Kicha, no.

  15. kruszyzna pisze:

    „Coraz częściej pojawiają się plany wprowadzenia obowiązkowej edukacji przedszkolnej. Obowiązek wprowadzić łatwo gorzej ze stworzeniem nowych miejsc w przedszkolu.”

    Sam pomysł pochodzi z Zachodu i jest naprawdę świetny, bo wyrównuje szanse edukacyjne. Ale tak, jak piszesz, trzeba mieć gdzie się uczyć, a tutaj dno.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>