Dzieciowo mi! Z dziećmi nigdy nic nie wiadomo. Nigdy ich nie ma, dopóki się nie pojawią.

Człowiek też pies Pawłowa

pon, 21 cze 2010 · Opublikowane w Życie...

Pies też człowiek. A raczej odwrotnie. Człowiek też pies. Pawłowa. Ani się obejrzymy, a będziemy wzorowo wytresowani.

Cyk, otwierają się drzwi do sali i wjeżdżają aromaty, a zaraz za aromatami zażywna salowa objuczona żarciem (czytaj: pysznym szpitalnym obiadkiem). I co ja robię? Grzecznie zwlekam się z wyrka, staję na baczność przed babką i przejmuję od niej gorące (sic! Obiad nie był zimny!) talerze, po czym noszę od łoża do łoża. Salowa wytrzymała jakieś dwie rundki, po czym westchnęła.

- Widać, że pani jest z septyka.

- No, trzy razy tam leżałam. Skąd pani wie?

- Bo pani tak grzecznie te talerze nosi…

No fakt. Na ginekologii septycznej (połączonej z patologią ciąży) wszystko odbywa się trochę inaczej.

Sru!! Drzwi walą o ścianę, mało nie wyskoczywszy z futryny. Do sali wpadają aromaty, ale za aromatami nic. Na środku korytarza staje salowa i raczy ryknąć:

- Obiaaaad!!!! Panie podchodzą! No ruchy, ruchy, bo muszę cały oddział obsłużyć. A pani kiedy przyjęta? Dzisiaj? To gdzie pani startuje? Tylko zupka, drugie nie. Drugie się pani nie należy. A zupy też mi chyba nie starczy, więc pani na końcu. Jak starczy, to pani dam.

Do salowej grzecznie startuje sznureczek ciężarnych. Ponieważ z natury jestem człowiek grzeczny, z reguły to ja podaję dalej talerze. Ot, szpalerek w stylu „podaj cegłę”, a ja służę za pierwsze ogniwo łańcucha.

Różnica między septykiem (plus patologią) i położnictwem przebiega jeszcze na innych dziedzinach.

- Jestem w 26. tygodniu – mówię do położnej. – To mam co rano przychodzić na podłuchanie tętna?

Mniej więcej od tego czasu, jak pamiętam, monitorują u babek tętno płodu.

- Nigdzie pani nie będzie chodzić – słyszę. – Ja będę przychodzić do pani.

Jak powiedziała, tak zrobiła i trzy razy dziennie wtaczają maszynkę koło mojego wyra, a na brzuch wędruje głowica z membraną. Człowiek jest wytrenowany po tym septyku jak w obozie wojskowym. Bo tam codziennie o szóstej rano wpada położna do sali i…

Sru!!! Drzwi walą o ścianę, mało nie wyskoczywszy z futryny. Położna zapala wszystkie możliwe światła i ryczy:

- Na posłuchanie tętna proszę!!! Ruchy, ruchy, raz, raz!! Szybko, bo dużo roboty mamy! Pani Kowalska, a u pani który tydzień? Dwudziesty dziewiąty? To co pani jeszcze w łóżku robi? Do zabiegowego!

Powłócząc nogami idę do kibelka, by popodziwiać, jak tam dorodne grzybki przy oknach noc przetrzymały, a po drodze mijam długaśny ogon ciężarnych stojących w kolejce żywo przypominającej tę po mięso za głębokiego PRLu. Cichutko, równiutko i koleja szybko się skraca poganiana komendą z zabiegowego: „Następna!”.

I teraz człowiek tak się, kurde, nie może do tego położniczego przyzwyczaić. Po pierwsze wszystkie położne miłe. Po drugie same przychodzą. Po trzecie wyjaśniają co i jak jak krowie na rowie. Po czwarte nie usłyszałam żadnego „czego?!”. Po piąte ładna łazienka (dobra, pomijam jeden zatkany kibel, ale prysznice to prawdziwy szał). Po szóste salowe same stawiają posiłek na stolikach bez łachy i bez fochów. Po siódme… po siódme to się wzruszyłam. Kurna, będę tu rodzić!

Słowa kluczowe:

6 odpowiedzi odnośnie posta “Człowiek też pies Pawłowa”

  1. i dobrze! z Dyrekcyjnej z pierwszego porodu traumatycznych wspomnień nie mam-było ogólnie miło, naprawdę.No i widzę,że łazienki wyremontowali:)ach, przypomniałam sobie,że zaraz po porodzie, odpoczywałam za kotarką (czy jak to się zwie:przepierzenie na kołkach?) na sali porodowej i tak bardziej do siebie powiedziałam”jestem głodna jak dziki osioł”, położna zaraz przyniosła mi barszcz ukraiński( miałam fuksa-była właśnie pora obiadowa:)), który pożarłam półleżąc na wyrku na kółkach:)mniam…i żeby nie było:)-rodziłam normalnie, na zwykłej sali porodowej:)ach i położna była taka miła,że zadzwoniła na portiernię,żeby pani stamtąd przekazała mojej mamie stojącej pod szpitalem,że już urodziłam:)

  2. mmajka pisze:

    Ja rodziłam w świdnickim szpitalu i muszę przyznać .. wyposażenie i warunki super, położne tez ok:) polecam … zwłaszcza,że od Wrocka nie tak daleko.. a i maja 4neonatologów…

  3. witkowomi pisze:

    Ech, u nas chyba też było całkiem, całkiem. Zresztą nie pamiętam dokładnie, ale położną przyjmującą poród zapamiętam do końca życia; wiecznie darła się na mnie i obrażała, jeśli pisnęłam, bo mnie coś zabolało. Nikt mi nie mówił, że ułożenie główki sprawdza się w skurczu. A to bolało. Za to świetnie pamiętam to, że po porodzie nie pokazano mi dziecka, o potrzymaniu go nie wspomnę. Szkoda, że nie mam takiego wyboru szpitali, jak Wy:-((

  4. Miło poczytać o dobrych szpitalach. Lżej na duszy, że nie taka ta Polska straszna!

  5. plmagmat pisze:

    W szpitalu, w którym leżałam na patologii ciąży, tętno badali co 3 (słownie: trzy) godziny i do tego przez całą dobę. I tak, w nocy, gdy tylko otwierały się drzwi, wszystkie babki podnosiły koszule do góry! Musiało to komicznie wyglądać, jak ktoś patrzył z boku. Całe szczęście musiałam w tym brać udział tylko trzy dni, a później zrobili mi cesarkę! :)

  6. Jak leżałam w Polanicy było to samo. Co dwie lub trzy godziny przez całą dobę. Teraz mam dwa razy dziennie badane tętno i raz dziennie KTG. Ale w moim przypadku akurat nie ma potrzeby częstszych badań. Do porodu jeszcze osiem tygodni :)

A Ty co myślisz?