Karmienie piersią po cesarce
„Nie mam pokarmu, bo miałam cesarkę”. Słyszałam to wiele razy i zawsze, kiedy ktoś tak powtarza, robi mi się przykro. To jeden z największych bajerów na temat karmienia piersią. Kobiety w jakiś sposób są przekonane, że tylko poród siłami natury sprawia, że w piersiach pojawia się mleko. Windows prawda.
Sygnałem do produkcji mleka nie jest dla organizmu przeciskanie się główki noworodka przez drogi rodne, tylko odklejenie łożyska. A łożyska pozbywamy się i przy cesarce, i przy porodzie naturalnym. Tylko trochę inaczej. Brak łożyska – mleczarnia rusza.
Nie z kopyta, co to, to nie. Na początku w piersiach pojawia się siara. Siara zresztą bytuje sobie spokojnie mniej więcej od 18. tygodnia ciąży i nie ma obawy, KAŻDA kobietą ją ma. Może o niej nie wiedzieć, bo pokarm nie zawsze ostentacyjnie wycieka. Wszelkie strzelające fontanny mleka należy włożyć między bajki. Przynajmniej przed nawałem mlecznym (jeśli taki w ogóle się zdarzy, bo nie musi).
Noworodkowi ilość siary wyprodukowanej przez organizm matki w zupełności wystarczy. Dziecko po narodzinach nie jest jakoś potwornie głodne, bo przecież na bieżąco dostawało pokarm przez pępowinę. Po wyciągnięciu z brzucha potrzebuje po prostu sobie lekko podjeść i się przytulić. Bardziej to drugie zresztą. Nieświadomie zresztą samo w sobie jest świetnym pobudzaczem laktacji „właściwej” i należy go użyć z premedytacją i zgodnie z jego przeznaczeniem
Jestem najlepszym dowodem na to, że po cesarce można karmić zupełnie normalnie. Niestety w polskich realiach szpitalnych kobiety po cesarskim cięciu napotykają rozmaite trudności, które w połączeniu z błędami i brakiem wskazówek ze strony personelu skutkują tym, że bardzo szybko przechodzą na karmienie sztuczne i żyją w przekonaniu, że nie mają pokarmu ze względu na taki a nie inny przebieg porodu.
Moje doświadczenie jako dojnego ssaka jest dosyć skromne, bo jednodzieciowe (reaktywacja wkrótce), ale o kilku sprawach mogę napomknąć. O tych, które mi pomogły.
- Bardzo ważne jest to, żeby jak najszybciej przystawić dziecko do piersi. Warto o to poprosić, a nóż-widelec się uda. Ja przystawiłam dziecko do piersi praktycznie zaraz po założeniu szwów, zdążyli mnie tylko wywieźć z sali operacyjnej.
- Jak, do licha, karmić, kiedy człowieka nie ma od pasa w dół i nie można się ruszyć?! A można. Nie jest to wygodne, ale trzeba położyć sobie dziecko na brzuchu, nie centralnie paszczą w dół, ale pod lekkim kątem. Nie ma obawy, nie udusi się. Ma odpowiednio ukształtowany nosek. Młodzież się zasysa i doimy.
- Kiedy już można być w pozycji półleżącej (bo od razu nie można), to karmienie jest dużo prostsze.
- Ważne, żeby przystawiać dziecko jak najczęściej. Nie czekać, aż rozpocznie koncert. Moje się praktycznie ode mnie nie odklejało. Półtorej godziny przy piersi i godzina przerwy. I tak w kółko. Dziecko pobudza laktację i jest to proces dla nas niezauważalny. Piersi nie staną się nagle twarde i nabrzmiałe. Wypływu mleka się nie czuje (czuje się go potem).
- Ważne, żeby oseska przystawić prawidłowo. Co to znaczy? Ano powinien zasiorbać całą otoczkę sutka (jeśli jest mała) lub większą jej część (jeśli jest duża). Jeśli mały chwyci samą końcówkę i usiłuje ciągnąć (a podciśnienie wytwarza potężne, możecie mi wierzyć), należy wsadzić palec do ust noworodka i zmusić go do puszczenia sutka, a potem ścisnąć brodawkę dwoma palcami (spłaszczyć ją) i wpakować mu do paszczy jeszcze raz.
- Jeśli młody ssa, ssa i się denerwuje, bo mu się ewidentnie nie udaje, laktację można pobudzić też laktatorem. Leżałam z dziewczynami, które rodziły w 28. tygodniu i miały tyle samo mleka, co te, które rodziły w 40. Trzeba tylko z uporem maniaka co jakiś czas przystawiać pompkę do piersi. Na początku nic nie poleci. Za drugim i trzecim razem też nic nie poleci. Za czwartym razem tak ze dwie kropelki, ale potem interes się rozkręca i można odciągnąć, ile fabryka dała. Jeśli możemy karmić piersią, to oczywiście nie odciągamy jakoś obficie. Mamy tylko za zadanie stymulować nasz bar mleczny.
- Jeśli to tylko możliwe, to lepiej nie dokarmiać i nie dopajać malucha. Organizm otrzymuje wtedy informacje, że zapotrzebowanie na pokarm nie jest takie duże i można zwolnić produkcję. To pociąga za sobą następne klocki domina. Dziecko przystawione do piersi ssie niechętnie, nie stymuluje produkcji, denerwuje się, my je dokarmiamy, organizm nie produkuje pokarmu (bo nie musi) i… po zawodach.
- Oczywiście istnieją sytuacje, kiedy piersią po prostu karmić się nie da (dziecko urodziło się chore lub słabe, potrzebuje intensywnej opieki medycznej itp.). Nie wyrzucamy sobie wtedy tego i nie wyzywamy się od wyrodnych matek, które nie spełniają swojej życiowej roli, tylko cierpliwie pracujemy z laktatorem i czekamy na moment, kiedy przystawienie do piersi będzie możliwe. Czy karmienie wtedy się uda? Wcale nie jest powiedziane, że się uda, ale warto spróbować. Kto nie próbuje, ten nie wie. Jeśli się nie uda, to w najgorszym wypadku młody otrzyma nasz własny pokarm tyle że za pośrednictwem butelki.
- Bo generalnie rzecz biorąc nie chodzi o sposób podania, tylko o to, co serwujemy. Cały wic polega na tym, żeby podać dziecku mleko naszej produkcji. A czy je podamy poprzez sutek czy poprzez butelkę, to już jest tak zwany pikuś.
- I ostatnie ważne – wrzuć na luz. Odpręż się, rozluźnij, nie spinaj się, że musisz, bo jak nie, to będzie tragedia. Mleko znacznie lepiej wycieka, kiedy matka jest zrelaksowana. Nie uda się tym razem, uda się następnym. Nawet jeśli na przystawienie dziecka czekałaś kilka czy kilkanaście godzin, to nie znaczy, że nie będzie można odtrąbić sukcesu. Trzeba się nastawić pozytywnie. Karmienie zaczyna się w głowie, nie w piersiach.
Nie należę do karmicielskiego betonu, który twierdzi, że zawsze się udaje, ale będę uparcie obstawać przy tezie, że ZAWSZE warto powalczyć. Leżałam na sali z kobietami, które urodziły wcześniaki (i to takie wręcz ekstremalne wcześniaki, ważące niecałe 800 g) i żadna z nich nie mogła oczywiście karmić piersią, bo dzieci były w inkubatorach podłączone do specjalistycznej aparatury. Laktatory huczały aż miło. Regularnie jak w zegarku odciągały pokarm, który potem ich maluchom był podawany przez sondę (nawet butelka nie wchodziła w grę). Żadna sobie nie odpuściła, mimo że pokarm zaczynały odciągać dwie-trzy doby (!!!!) po cesarce. I każda ten pokarm miała. Bez wyjątku. Jedne musiały pracować z laktatorem dłużej, inne krócej, ale żadna się nie poddała bez walki.
A co, jeśli się nie uda? To się, kurde, nie uda i szlus. Ale to naprawdę ostateczność. Wcześniej sprawdzisz, czy aby nie przyjdzie sukces. A sukces na tym polu odnotowujemy bez porównania częściej niż porażkę.
No to znów muszę dodać swoje…
Miałam cc. Chwała Bogu
No, ale nie o tym. Po zabiegu, który był o 21:45, o 23 trafiłam na salę poporodową bez córeczki, z powodu pory, no i małej przytomności swojej
12 godzin ścisłego leżenia, córeczkę dostałam dopiero o 14 dnia następnego. Przystawiałam – dziecię najczęściej spało, w głębokim poważaniu miało pierś. Poleciałam do pielęgniarki – Kobieto, ratuj, ja nie mam pokarmu! Ta spojrzawszy jak na wariatkę delikatnie ścisnęła mi sutka, coś się pokazało. No to ona z politowaniem: i co ja mam pani powiedzieć? Mleko jest, idziemy karmić. I poszłyśmy.
Dopiero tak naprawdę, gdy cc była w poniedziałek, mała przyssała się w czwartek rano. Nie wiem – odpoczęła po przeżyciach czy co? Innego wyjaśnienia nie widzę. Za to jak się przyssała, to aż podskoczyłam
No a dziecię dalej spało i dalej miało w nosie żarcie. Miła pani rozbudziła dziecię, któe przyssało się na chwilę, po czym… znów spało
Po czym w 3 dobie karmienia walczyłam z nawałem – ale to już całkiem inna bajka…
Ja się w ogóle nie zastanawiałam, czy będę miała pokarm po cc, uznałam, że będę miała i koniec
Pojawił się w ciekawym momencie – kiedy w drugiej dobie wreszcie znalazło się dla mnie miejsce na oddziale poporodowym (do tego czasu byłam – z braku miejsc – na patologii ciąży, a dzieciątko na noworodkowym). Zebrałam swoje bety, zeszłam na właściwy oddział, przywieziono dziecko i kwadrans później koszula była mokra
Pokarmu miałam tyle, że mogłabym wykarmić wszystkie maluchy na oddziale, mleko lało się strumieniami i wystarczyło jedno nadprogramowe karmienie, żeby lało się go jeszcze więcej. Moczyłam dziecku ubranka, wkładki przesiąkały, staniki zmieniałam co kilka godzin.
A teraz karmię Bebilonem Pepti, co też ma swoje zalety.
Winnym zakończenia tej sielanki był po części… laktator, więc – ze względu na osobiste doświadczenia – nie mogłam wziąć udziału w konkursie
O proszę, też na pepti lecimy
Podpisuję się pod tym co napisała nominativa
Do głowy mi nie przyszło, że nie mogłabym mieć pokarmu po cc. Jak sobie wymyśliłam tak było. A najbardziej rozczulający był mąż który przystawiał mi małą do piersi 2 godziny po cc, bo od położnej słyszał, że to ważne. I tego się trzymajmy ;-D
No właśnie ja jestem przed porodem, wczoraj gin powiedział, że mogę mieć cc i jedyne co się przejełam to właśnie to że nie będę wiedziała jak zacząć karmić i czy będę miała czym???
Będę powtarzać mantrę „będę miała mleko, będę karmić moje dziecko”
trzymajcie kciuki
Będziesz miała, a czemu by nie? Dziecię może mieć początkowy problem z dossaniem się, bo bezpośrednio po cc raczej nikt dziecka nie dostawia u nas i leci 12 godzin butla (lub 24h), ale jak pisałam – to kwestia czasu.
Hmm…. a ja przez całą pierwszą ciążę powtarzałam „chcę urodzić naturalnie i będę karmić piersią”
I nic y tego mi nie wyszło… 
Długi poród skończył się cesarką (po każdym parciu główka malutkiej cofała się, a w końcu zaczęło jej zanikać tętno). Po cc trzęsłam się tak mocno, że nie chcieli mi przynieść dziecka. W końcu po pięciu godzinach mój mąż się uparł, żeby mi przywieźć malutką. Niestety niunia miała chęć tylko na przytulanie. Następnego dnia otrzymałam wspaniałą pomoc. Dwie pielęgniarki próbowały mi pomóc. Jedna usiłowała nakłonić moje dziecko do otworzenia paszczy, druga celowała do owej paszczy moim cycem… i nic z tego. Diagnoza: wklęsłe brodawki. Próbowałam z nakładkami… marny efekt. Zaczęłam więc odciągać laktatorem… pusto. Efekt: stres, deprecha, gorączka. Siedziałam przy laktatorze dzień i noc. Małą zaczęli dokarmiać, bo dostała żółtaczki. Wychodząc ze szpitala (po 1,5 tyg.) odciągałam może z 5 ml. Z czasem laktacja troszkę się poprawiła, ale mimo zaciętej walki nie udało mi się małej karmić tylko piersią. Była więc na pokarmie mieszanym, a ja pozostałam z poczuciem winy i wielkiego niepowodzenia.
Teraz jestem w 24. tygodniu ciąży i wiem jedno. Najważniejsze, to się nie stresować. Stres to zabójca laktacji! Co ma być, to będzie. Uda się karmić piersią -wspaniale,nie uda się- zaprzyjaźnimz się zbutelką:)
Podpisuję się pod tym wszystkimi czterema kończynami! Każda kobieta ma pokarm, tylko jednym przychodzi to łatwiej innym trudniej. Też miałam CC, której nie planowałam. Wyszło, jak wyszło. Pokarm miałam zaraz po porodzie, a w zasadzie wyciekał mi czasami już przed CC. Nie udało mi się karmić bezpośrednio z piersi, ale mała do tej pory dostaje moje mleko dzięki laktatorowi, a jakże, z tym, że mam elektryczny, inaczej nie udałoby się.
@APyszna
Nie zawsze się udaje. Nie ma 100% powodzenia w karmieniu, czyli ktoś musi obsłużyć ten kilka procent porażek. Ale w końcu przecież mleko u Ciebie poleciało. Nie było tak, że nie ma, nie ma wody na pustyni. Po prostu było mieszane.
Święte słowa waćpanna prawisz – stres to zabójca karmienia. Luz, luz i przede wszystkim luz. I nie obwiniać się za żadne skarby świata!
Ja też nie wiem, czy się uda. Mam nastawienie, że będę karmić, bo po pierwszym cc karmiłam i przeżyłam popękane do krwi sutki. Ale jak nie wyjdzie? To trudno, nie będę od tego gorszą matką!
PS. Piszę już z domu. Omajgad, wypuścili mnie dzisiaj po poludniu
No to kruszyzno wrzucamy na luz!!!
Pozdrowienia i trzymaj się zdrowo w trójpaku. Przyjemnego nagrzewania w domowej saunie i cieszę się, że odzyskałaś upragnioną wolność
W całej tej pokarmowej karuzeli chodzi o to, żeby nie wmawiać kobietom po cc, że na pewno będą miały kłopoty z karmieniem piersią, ale też chodzi o to, żeby nie nakręcać się gadaniem, że pokarm rodzi się w głowie. Bo takie myślenie powoduje nie tylko poczucie winy, ale też i – paradoksalnie – właśnie kłopoty z pokarmem.
Jak się da, to się karmi, jak się nie da/nie chce/nie może, to się nie karmi. Mleko modyfikowane to nie trutka na szczury.
Z tym karmieniem w głowie nie chodzi o jakąś pseudomagie, tylko o wyrobienie sobie odpowiedniego nastawienia. Jakby to poszerzyć, to wszyscy lekarze mówią, że nastawienie pacjenta pomaga lub przeszkadza w leczeniu. I kiedy ktoś myśli pozytywnie, to osiąga się lepsze efekty. Tak samo jest z karmieniem. Jeśli ktoś jest nastawiony na to, że będzie karmił, a nie na to, że pewnie pojawia się problemy, to jest większe prawdopodobieństwo, że mu się uda.
Moim zdaniem pokarm, który rodzi się w głowie, to nie jest nastawienie pozytywne, tylko pierwszy gwóźdź do trumny. Całkiem niedawno czytałam kilkadziesiąt historii kobiet, które nie karmiły piersią mimo długiej i upiornej walki – dla nich pokarm ‘z głowy’ był już tylko na dobicie przy i tak gigantycznych wyrzutach sumienia. Bo się nastawiły, chciały – a tu pupa. Coś nie tak z głową?
IMO znacznie lepiej działa nastawienie bez ciśnienia, będzie to będzie, nie będzie – trudno, mm to nie trucizna. Problemowi karmienia nie poświęciłam większej uwagi, pokarm miał być, ale miałam w domu butelkę i puszkę mm, co pozwoliło mi spać spokojnie ze świadomością, że ratunek jest tuż tuż i w razie czego moje dziecko nie będzie głodne.
Dobra, to ustalmy, że nie o głowę tu chodzi w ścisłym sensie, co o nastawienie. Nastawienie pełne luzu, to raz, a dwa – nastawienie pozytywne a nie negatywne. Bo jeśli ktoś nastawia się negatywnie (nie uda mi się, będą problemy, nie poradzę sobie, nie nadaję się, nie potrafię), to dostrzega problemy nawet tam, gdzie ich nie ma. Nie mówiąc już o tym, że może je sobie świetnie sam wygenerować.
Oczywiście mleko modyfikowane to nie trucizna i sama je stosowałam ze skutkiem pozytywnym (dziecko zdrowe, świetnie się rozwija itp), ale ja bym nie odpuszczała na samym starcie. Warto trochę powalczyć. Nie chodzi o to, żeby po pierwszej nieudanej próbie od razu przerzucać się na butelkę. Chociażby dlatego, że siary żaden inny pokarm nie zastąpi, choć na pewno jest przetestowany na wszelkie możliwe sposoby i wyposażony w mikroelementy.
I nie, że coś nie tak z głową, bo nie o to chodzi. Przecież napisałam, że nie zawsze się udaje. Nie chodzi o to, żeby udawało się zawsze i żeby szarpać sobie nerwy, i żeby stawać na rzęsach, i żeby za wszelką cenę itp., ale żeby nie dać sobie w mówić, że po cc ZAWSZE są problemy z karmieniem. Bo to nie prawda.
Oczywiście, że warto powalczyć, i oczywiście, że to nieprawda, że po cc ZAWSZE są problemy z karmieniem. Dowodem jestem ja – mogłabym pokarm sprzedawać po litrze mleka dziennie
Wiadomo też, że dla dziecka najlepszy jest pokarm zdrowo odżywiającej się, niepijącej alkoholu i niepalącej matki, jego dynamiki mleko modyfikowane nie jest w stanie odtworzyć (przynajmniej na razie).
Mnie chodziło bardziej o to, że w przypadku kobiet, które JUŻ MAJĄ problem, hasło o pokarmie w głowie (swoją drogą nieźle to brzmi ;p) jest gwoździem do trumny.
Z tym nastawianiem się pozytywnie PRZED urodzeniem dziecka masz, rzecz jasna, rację.
BTW teraz sobie przypomniałam, że jakimś cudem przed porodem W OGÓLE nie dotarły do mnie informacje, że ‘po cc to się nie ma pokarmu’. Może właśnie dlatego nie miałam problemów, z powodu braku takiego obciążenia.
No, jeśli ktoś już ma problem, to faktycznie nie ma co go stresować, bo sobie pomyśli, że coś z jego głową nie halo
Jeśli walczy i nic z tego nie wychodzi, to nie ma sensu iść w zaparte, tylko przejść na butelkę i mieć święty spokój. Matka zrelaksowana jest dla dziecka również ważna
Inny mit karmieniowy to taki, że jeśli urodzi się przedwcześnie (oprócz tego, że cc), to pokarmu nie ma. Kolejna bzdura na kółkach. Dziewczyny rodziły w 28. tc i też mogły sprzedawać mleko na rogu
U mnie laktacja rozpoczęła sie w 5 dobie po cc!! Laktator na początku warczał bez rezultatu!! Dopiero jak dostałam dzieci do siebie ( z neonatologii), coś w mózgu mi pękło:) …. i poleciało mleko w ilościach równorzędnych z pierwszą lepszą krasulą…