Szafiarka…
A zaczęło się zupełnie zwyczajnie. Młoda raczyła wstać w porze nieludzkiej (pora nieludzka przesunęła nam się na godzinę 6 rano i trzeba się cieszyć, bo kiedyś była wcześniej) i wymusić na nocniczku oklejonym kotkami rzężące „Happy birthday”. Tak na marginesie – dlaczego melodie w nocnikach są takie durne?
Trochę się pokręciła, trochę się poprzytulałyśmy, przy czym trzeba było uważać, żeby przytulanie nie skończyło się Nagłym i Nieoczekiwanym Wbryknięciem Na Mnie Nie Wiadomo Skąd. W końcu padło hasło:
- Dobra, Jadzia, ściągamy piżamkę i ubieramy się.
Stało się. Popełniłam fatalny błąd. Zamiast przynieść pierwsze z brzegu gatki i skarpetki, po czym próbować wciskać dziecku ciemnotę, że cała reszta szafy zmieściła się w pralce i NIC innego do wyboru nie ma, ja parę dni wcześniej wystosowałam do nieletniej ofertę współpracy.
- Chodź, ubierzemy się.
- Nie. – „Nie” to ostatnio najczęściej używana odpowiedź bez względu na to, jakie pytanie pada.
- Chodź, to wybierzesz sobie majteczki. Sama wybierzesz.
- Jadzia sama!!! – ryknęła zachwycona podopieczna i pognała do komody, o mało nie przekraczając granicy dźwięku.
Dopadłam, kiedy zaczęła wybebeszać pierwszą dostępną jej szufladę. Jeśli klęska nie była ostateczna, to ja bardzo inteligentnie postanowiłam sama się dobić.
- To nie ta szuflada, tu są ubranka dla dzidzi. Twoje majteczki są tutaj – usłużnie wskazałam cel.
Akceptację zdobyły piętnaste majteczki z kolei. W marchewki nie, żółte nie, zielone nie, z kotkiem (z kotkiem!!!) nie. Przy niebieskich spojrzała na mnie dziwnie i ciepnęła je za wersalkę. Stanęło na gatkach z dziewczynką. Gatki z H&M, hmm…
- Teraz weźmiemy skarpetki. O, te czerwone – czerwone leżały najbliżej.
- Czerwone nie.
- Dlaczego?
- Są brudne.
- Nie są brudne, przecież są w szufladzie. To czyste skarpetki – odparłam oczywistą nieprawdę i napiętnowałam brak logiki w formułowaniu argumentów.
- Skarpetki nie. Rajtuzki.
- Ale po co ci rajtuzki? – Próbowałam dyskutować. – Przecież jest ciepło.
- RAJTUZKI!!! – Zawyła dziewczyna i rozpoczęła akcję włażenia do szuflady.
Trzeba było smarkulę natychmiast okiełznać. Proces wybierania rajtuzków, których na nieszczęście dziecko ma – pardon – w pizdu, przypominało wybór majteczek. W końcu stanęło na łososiowych w kwiatuszki. Dobrze, chce rajtuzki, to będzie i kiecka. Ubranie rajtek pod dresy, kiedy na dworze jest +20, spowoduje dziwne spojrzenie teściowej (i słusznie) i sąsiadek (spadać).
Przekonywanie do pięknej, nowiutkiej, wygodnej (w końcu idzie na spacer) jeansowej sukieneczki (z łososiowym kwiatuszkiem pasującym do rajtuzków, kuźwa) spełzło na niczym i zakończyło się szlochem wspomaganym szorowaniem małym ciałkiem po podłodze od przedpokoju po balkon. Powinnam była od początku wiedzieć, że opcja jest tylko jedna – kraciasta, granatowa, flanelowa princeska. Zaoszczędziłabym sobie cenne pół godziny i sprzątanie szafy, a sąsiadom rozterek, czy już wzywać straż miejską czy jeszcze nie.
Pogratulowałam sobie świeżej granatowej czerni na włosach, która skryła siwiznę, jaka musiała się wytworzyć podczas porannego procesu. Nie zdziwię się, jak kiedyś – niedługo – młoda otworzy szafę lub szufladę, spojrzy i oznajmi z niezbitą pewnością, widząc istną orgię fasonów, kolorów i wzorów:
- Nie mam się w co ubrać…
Weszliśmy w etap świadomego kształtowania własnego wizerunku. Kiedy pomyślę o tym, że za jakieś dwa lata to samo będę przechodzić w ilości potrójnej, to mam zamiar dopaść najbliższą drogerię i wykupić cały zapas farby do włosów. I pomyśleć, że pięciomiesięcznemu niemowlęciu dokładnie obojętne jest, czy ma śpiochy w auta czy w misie.
hehehe:)skąd ja to znam:)?z chłopcami jest, wbrew pozorom, podobnie:)nie chcę Cię martwić, ale jeszcze sporo przed Wami-jeśli chodzi o samodzielne kreowanie wizerunku Jadzi:)
jak zacznie się przedszkole-to się zaczyna jazda;)
A ja dobiję i powiem „O nie znam tego”
mimo pewnych preferencji (Zygzak McQueen ;>) zgadzają się potulnie na wszystkie Matki pomysły.
Ani kolega lat 4,5, ani ten 1,5 (ten ma jeszcze szansę
Matka tylko baczy, żeby nie przesadzić z akcjami typu męska koszula itp., bo dzieci lubią wygodnie mieć.
ani, ani. polska język – trudna język mi wyszła
Ani kolega lat 4,5, ani ten 1,5 (ten ma jeszcze szansę
mimo pewnych preferencji (Zygzak McQueen ;>) nie protestują na Matki pomysły i nie miewają własnych.
O rany….
:):) a mi sie zawsze wydawalo, ze im dziecko starsze, tym jakos latwiej dojsc do porozumienia – jakas wspolpraca, dyskusja, kompromisiki itp. Bo poki co to u nas wrzeszczacy terror od czasu do czasu (malz zwykl tlumaczyc ryk dziecka podczas proby odebrania ukochanej, acz niebezpiecznej zabawki, mniej wiecej tak: „faaaak juu olll, hejt juuuu, hejt juuuuu bjaczes”;P)
A tu widze, ze dopiero pozniej sie zaczyna hardzior:)
no coz, jak to mawiaja „ubranie (i wychowanie!) to wyzwanie”
ps. czy Jadzia wykonuje numer „szloch + pelzanie malym cialkiem po podlodze” rowniez w miejscach publicznych??? Bo wiecie, ja sie chyba tego najbardziej boje, ze dziecie wpadnie w histerie na srodku warzywniaka, a ja bede musiala niewychowaczo skapitulowac…
czy da sie cos zrobic, by miec dziecie niehisteryzujace, czy po prostu kazdemu sie czasem zdarza?
Krusz, ja Cie martwić nie chcę, ale będzie już tylko weselej… W końcu wprowadziliśmy zamordyzm i konsultacje przed wyjściem do przedszkola ograniczają się do „spódnica czy spodnie?”, w przeciwnym wypadku zbieralibyśmy się do południa chyba
A etap przymierzania mamuni strojów i oglądania z nabożnym podziwem biżuterii już zaliczyliście czy wszystko przed wami?
Ludzie, nie dobijajcie mnie…
Nie napisałam, że raz podjęte decyzje bywają zaskakująco zmienne. Po jakimś czasie panna staje, patrzy na siebie i stwierdza: „nie te rajtuzki. Inne”. I zaczynamy zabawę od początku
@kaa
Nie można wszystkiemu ulegać, bywa więc, że dorosły pozostaje twardy, zatem młoda włącza syrenę. Następnie pół sklepu z potępieniem w oczach odwraca się w stronę rzeczonego dorosłego i piorunuje go wzrokiem, uznając go za wzorcowy przykład znieczulicy społecznej. Przez społeczeństwo rozumiem tutaj obywatelkę w wózku.
W miejscach publicznych typu sklep najczęściej siedzi w wózku, w związku z czym pole manewru ma mocno ograniczone. Ryk, owszem, jest, ale dotyczy innej sfery. Najczęściej potrzeba konsumenta werbalizuje się w sygnał „LIZAKA!!” I spróbuj nie kupić
Natomiast zdarza jej się mieć własną koncepcję na temat sposobów przechodzenia przez jezdnię. W tym przypadku inicjatywa jest jednak natychmiast tłumiona.
Poprzysięgłam sobie, że nigdy w życiu – kiedy zobaczę podobną scenę – nie pomyślę sobie, że baba nie potrafi dzieciaka wychować. Co wcześniej mi się zdarzało
@Asiek
Tak, ten etap własnie zaliczamy. Młoda z upodobaniem nosi po domu czyjeś buty (im wyższy obcas, tym lepiej). Przymierzania moich strojów jeszcze nie doświadczyłam, ale pudełeczko z wisiorkami, koralami itp. zostało schowane na najwyższej półce w łazience.
Jestem jeszcze laikiem, etap zamordyzmu „spódnica czy spodnie” to dla mnie wyższa szkoła jazdy. Mam nadzieję, że się wyszkolę
Ja mam egzemplarz (chłopiec płci odmiennej) tak pomiędzy – owszem, majtki nie mogą być z obrazkiem, a na skarpetki obowiązkowo z napisami, ale nauczyłam się już, że najlepiej jest zwalić decyzję na małego – idź wybierz sobie majtki/skarpetki/koszulkę. Interweniuję, gdy wybór nie pasuje do pogody i czasami, gdy mi się kolory gryzą
Jak już sam wybierze, to protestów nie ma.
widzialam raz histerie dziecka w sklepie: ryk, rzucanie sie na podloge z pelzaniem i waleniem w podloge wszystkimi 4 kopytami (dziecko w wieku ok 6 lat wiec to nie byl bunt 2-latka)…kurcze trzeba byc twardzielem, zeby nie ulec…no i wlasnie: czy to zdarza sie kazdemu? czy spowodowane jakims wiel-bladem wychowawczym?
U nas (1,7mc) dzieć najlepiej chodziłby nago. Bez względu na pogodę. Albo nago i ewentualnie w crocsach które kocha. No i jeszcze mógłby zarzucić na głowę moją wełnianą czapeczkę z daszkiem w której wygląda jak mały rastaman
I nic więcej. Ubieranie dziecia wymaga inwencji twórczej – „Jasiu zobacz ptaszki za oknem” – bach spodnie. Dzieć ucieka do drugiego pokoju. „Chodź na balkon zobaczymy czy jest piesek” – dziec czekający z niecierpliwością przy drzwiach balkonowych jest w potrzasku – bach bluzeczka. Dobrze że moje dziecię lubi zwierzątka – pójdzie wszędzie żeby zobaczyć ptaszka, kotka czy inne cudo natury
Na spojrzenia przechodniów jestem zupełnie uodporniona – a właściwie mam je gdzieś. Jeden dzien z moim diabłem wcielonym przechodzącym bunt dwulatka trochę zbyt wcześnie – i wszyscy patrzyliby ze zrozumieniem
„kurcze trzeba byc twardzielem, zeby nie ulec…no i wlasnie: czy to zdarza sie kazdemu? czy spowodowane jakims wiel-bladem wychowawczym?”
Rzadko komu się NIE zdarza. I nie zawsze się kończy przed trzecim rokiem życia. Czasami bunt dwulatka ciągnie się do osiemnastki. Taki urok rodzica
ach, dziewczyny, przeczytałam kiedyś w mądrej książce,że tzw bunty dzieci „objawiają”się mniej więcej co 2 lata, czyli 2 rok życia, 4, 6…ale trzeba mieć też na uwadze charakter czy raczej temperament dziecięcia:)znajomi mają syna-rówieśnika Michała-ich młody jest grzeczny, potulny,można rzec, zupełne przeciwieństwo naszego Majkelika.I chyba dlatego chłopaki za sobą nie przepadają…;)
a propos wycia w sklepie: http://www.youtube.com/watch?v=gg6x8ThUuVk
)
(wiem, staaaaaare
Niestety chłopcy też tak mają. Kuba za nic w świecie nie ubierze szarej bluzy z fioletowym napisem, bo uparcie twierdzi, że rzeczony napis jest różowy (jak Boga kocham – jest fioletowy).Od kilku dni każe też sobie stawiać włosy na żel, bo tylko taka fryzura jest „czadowa”, a brak zainteresowania ojca eksperymentami fryzjerskimi skwitował pełnym pogardy :” Chodź mama, zostawmy tego szaleńca z jego szaleństwem”
Chyba muszę ograniczyć mu bajki. Aha, „twardziel” („Nie będę więcej spał z pluszakami, nie rób ze mnie mięczaka”)ma niespełna 5 lat…
@Asiek
)))))
Widziałam tę reklamę – rewelacja
Moja ma dopiero 10 m-cy więc wszystko przed nami.
Może teraz wkładaj do szuflady tylko po dwie-trzy pary wszystkiego to będzie łatwiej i szybciej…?
Oj, to ja wyrodna jestem.
U nas kotek jest be tylko w szczególnych wypadkach wybitnego focha
Od początku dawałam ze dwie sztuki ciucha do wyboru. Założenie podstawowe było takie, że kiedy dzieć zaczął przejawiać jakiekolwiek preferencje odzieżowe, w sklepie też dostawał ze dwie – trzy sztuki do wyboru, żeby potem nie było, że się nie podoba, bo matka brzydkie kupiła.
No a poza tym, to niezły musiał być foch, skoro majtki z kotkiem nie przeszły
@ashja
Ilość miejsca w mieszkaniu dramatycznie ograniczona, poza tym dwa kolejne żeńskie egzemplarze w drodze i trzeba ich ciuszki też gdzieś umieścić. To se ne da
Ale gdzie schowam resztę??
@Wenus
No właśnie focha nie było, stąd moje zdziwienie. Kotek jest absolutnie najważniejszą istotą we wszechświecie. Do teraz nie mogę wyjść z szoku