Ożeż w mordę jeża (sorry, jeżu), o tym dotąd nie było. Wagę problemu uzmysłowił mi wątek, a właściwie wąteczek na dzieciowym forum. O, tutaj. Wszyscy, którzy mają raczkujące dzieci (i starsze), wiedzą, że najspokojniejszy czas jest już za nimi. Skończyła się cudowna wygoda, kiedy to człowiek zostawiał potomka na macie edukacyjnej, szedł do kuchni, wracał, a młode nadal tkwiło w tym samym miejscu, co najwyżej zmieniło zabawkę. Teraz niestety trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo wystarczy moment i nieszczęście gotowe.

Chałupę trzeba po prostu zabezpieczyć. Zanim podejmiemy jednak jakieś kroki, trzeba sobie powiedzieć jedną ważną rzecz: bez guzów i siniaków się nie obejdzie. To zupełnie normalne. Kto się nie przewróci, ten się nie nauczy. Nie chodzi więc o to, żeby ochronić dziecko od jakichkolwiek kontuzji, bo to nierealne. Rzecz w tym, żeby kontuzja nie przerodziła się w prawdziwe nieszczęście.

Jasne, że można kupić kojec – co zresztą polecam – ale przecież cały dzień dziecko nie może tam siedzieć. Poza tym możemy mieć na tyle małe mieszkanie, że kojec naprawdę się w nim nie zmieści.

Jak tak sięgnę pamięcią – a na szczęście nie muszę sięgać szczególnie głęboko, bo inaczej byłoby marnie – przychodzi mi do głowy kilka patentów.

Po pierwsze zatyczki do kontaktów. Podstawowa sprawa. Prędzej czy później małe paluszki powędrują w stronę dziurek, a nie daj Bóg będą uzbrojone w znaleźny widelec, śrubokręt czy coś w ten deseń. Nieszczęście mamy pewne, jak odsetki przy kredycie. Zatyczki są tanie jak barszcz i do dostania praktycznie wszędzie, w każdym hipermarkecie.

Po drugie ochraniacze na kanty. Nie każdy to stosuje, ale to przydatna sprawa. Zwłaszcza, gdy młode nie może jeszcze o sobie powiedzieć, że ma trzy latka, trzy i pół, głową sięga ponad stół. Na etapie, kiedy głową jest na równi ze stołem, a już nauczyło się chodzić czy biegać, ochraniacze zdają egzamin. Też proste do kupienia, Canpol Babies na przykład takie produkuje.

Po trzecie zabezpieczenie drzwi. Są takie specjalne dyngsy zakładane na drzwi, które uniemożliwiają zatrzaśnięcie. W mieszkaniu bywają przeciągi, wiadoma sprawa i drzwi potrafią się zamknąć nagle i nieoczekiwanie, a przy okazji przytrzasnąć małe paluszki.

Po czwarte zabezpieczenia szuflad. Eksploracja szafek to najlepsza zabawa, jak wiadomo. I tworzenie perkusji z garnków i misek – sama rozkosz. Nie zawsze mamy miejsce i możliwość, by kuchenne noże umieścić gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie, dlatego warto zastosować specjalne klamry uniemożliwiające otworzenie najbardziej newralgicznych szuflad. Tu chodzi nie tylko o ostre rzeczy, ale też o dokumenty, co do których nie chcemy, aby zostały wnikliwie przeczytane. Wiadomo, że dziecko jest w stanie przeczytać coś bardzo dokładnie i problem tylko w tym, że nie da się tego przeczytać po raz drugi.

Po piąte zabezpieczenie wszelkich możliwych kabli. Na przykład do komputera. Jeśli komputer jest naszym narzędziem pracy, to lepiej żebyśmy się któregoś dnia nie zdziwili.

Po szóste, ale właściwie powinno być po pierwsze lub po drugie – schody. Jeśli w domu mamy schody, trzeba pomyśleć o zamontowaniu specjalnej bramki. Mój teść taką zbudował i kiedy przyjeżdżaliśmy z Jadziskiem, montował przy schodach. Bramka świetnie okiełznywała zapędy poznawcze. Dzieci uwielbiają wchodzić i schodzić po schodach. Mamy więc wybór albo stróżować przy nich non stop, albo zainwestować w barierki.

Taką bramkę można zainstalować nie tylko przy schodach, ale wszędzie tam, gdzie nie chcemy dziecięcej obecności, np. przy drzwiach na balkon albo do kuchni.

Bo po siódme – zabezpieczamy balkon. Dziecka absolutnie nie można zostawiać tam samego. Może wypaść, prześlizgnąwszy się pod barierkami (główka jest mała, ramionka elastyczne i po sprawie). Starszak może wspiąć się na barierki i przeleźć górą. U mnie jakiś skończony idiota projektował balkony, bo barierki balkonowe to średnio drobna kratka. Kratka prezentuje się naprawdę ładnie, ale przy okazji ma gabaryty idealne do wspinania się nań małymi rączkami i nóżkami.

Wszystkie te zabezpieczenia będą jednak psu na budę, jeśli i my nie będziemy przy okazji ostrożni. Kwestia okien choćby. Jeśli już je otwieram, to tylko uchylnie (dziura na górze). Pod żadnym pozorem nie można zostawiać okien otwartych na oścież, bo sprytny dwulatek przysunie sobie stołek, wejdzie na parapet, wychyli się i… wiadomo. Możemy nie zdążyć złapać. Telewizornia co rusz informuje o przypadkach wypadnięcia przez okno i często się okazuje, że matka była w domu i to zupełnie trzeźwa, tylko NA MOMENT poszła po coś do innego pomieszczania. Kompletnie bez wyobraźni.

Najnowszy telewizyjny również dowód na bezmyślność rodzica: matka wyszła na balkon  Z DZIECKIEM NA RĘKU, aby wieszać pranie. Jedną ręką wieszała, drugą trzymała dzieciaka. Wystarczyły sekundy, mały się szarpnął, wysmyrgnął i teraz w ciężkim stanie leży w szpitalu po upadku z trzeciego piętra. Nigdy, przenigdy nie trzymamy dziecka na rękach, kiedy jesteśmy na balkonie. Choćby nam się wydawało, że trzymamy je bardzo mocno i panujemy nad sytuacją. Wszystko może się zdarzyć.

Kolejna rzecz – zwróćmy uwagę, gdzie trzymamy środki czystości i wszelką domową chemię. Możemy być pewni, że dziecko będzie chciało skosztować  zawartości kolorowych opakowań.

Nie jest powiedziane, że powinniśmy kupić wszystkie możliwe zabezpieczenia (ja na przykład nie mam zabezpieczeń na drzwi, a zabezpieczenia szuflad zrobiłam metodą chałupniczą), a młode po domu nie musi chodzić w kasku. Ale bez naszej wyobraźni się tu nie obejdzie. Musimy założyć, że jeśli dziecko ma możliwość coś zrobić, to pewnie tego spróbuje.

Share →

8 komentarzy do Dom przyjazny dziecku, czyli o zabezpieczeniach

  1. Szajajaba pisze:

    CO do okien – tu bardzo przydaje się posiadanie wcześniej kota. Człowiekowi tak w krew wchodzi pilnowanie okien, drzwi (późniejsze ganianie cholery po klatce schodowej tudzież na balkonie sąsiada nie jest szczytem marzeń), że przy dziecku to już pikuś :D

  2. TOla pisze:

    Jeżeli chodzi o szuflady to u nas sprawdziła się (i sprawdza nadal) następująca metoda: w kuchni i w pokojach przeznaczyliśmy po jednej szufladzie na dziecięce grzebanie – reszta „Nie wolno!”. Póki co sprawdza się. Polecam:)

  3. Asiek pisze:

    Szajajaba: święte Twoje słowa :)

  4. Anonimowy Gall :) pisze:

    Dorzucilabym jeszcze calkowity zakaz uzywania serwetek jakichkolwiek gabarytow. Znajoma miala takie malenkie, na kolumnach. Cala rodzina popijala kawe, a znajoma postawila swoja na tychze kolumnach, powiedziala wszystkim zeby uwazali na synka-roczniaka i wyszla na chwilke. Serwetka wystawala malym rozkiem. Nikt nie zdazyl. Kawa byla z mlekiem, co znacznie ja ostudzilo, ale i tak maly spedzil swe pierwsze urodzinki w szpitalu, poparzony.

    My walczymy ze stawaniem na samochodzikach. No bo jak wytlumaczyc dwulatkowi, ze dziewczynka ma wrotki na nogach, ze to nie sa samochodziki…??? Tutaj ratuje mnie tylko konsekwencja – stanie na samochodzik – jest on natychmiast konfiskowany i umieszczany na szafie. Moze mi podpowiecie inne metody…? :D

  5. Theli pisze:

    @Szajabaja, Asiek: święte słowa ;) u nas praktycznie nie otwiera się normalnie okien, tylko uchylone od góry – dziecko nie ma prawa ani przez nie wypaść, ani zmienić położenia uchwytu, żeby okno otworzyć.

  6. Karola pisze:

    Idąc kocim tropem- a koty mamy dwa- jestem właśnie w drugiej ciąży. Nauczyliśmy się żyć z dwoma kotami, poradzimy sobie i z dwójką szkrabów (khe, khe, u lekarza jeszcze nie byłam, czy oby na pewno jedno tylko będzie to „drugie”, tego jeszcze nie wiem):-)
    Zastanawiam się, czy macie opatentowane metody na zabezpieczenie przed dziecięciem kociej kuwety? Mój maluch na razie jeszcze nie odkrył uroków tej piaskownicy, ale liczymy dni aż zacznie do niej zaglądać. Zabezpieczenie kocich misek odbywa się niestety wyłącznie przez ich chowanie, w przeciwnym wypadku wyławiamy karmę z buzioka.

  7. kruszyzna pisze:

    @Karola
    GRATULACJE!! Ciąża jest zaraźliwa :)
    Ja mam opatentowane zabezpieczanie psich misek i niestety tylko poprzez ich chowanie. W związku z czym pies je i pije w godzinach ściśle określonych. To znaczy, kiedy dziecko jest gdzieś poza zasięgiem. Teraz już przestało się interesować zawartością psiego baru, ale wcześniej usilnie próbowało spróbować tych delicji. I czasem jej się udało.

  8. beatadrz pisze:

    Wszycho pięknie, ale te przyklejane zabezpieczenia na narożniki np. stolików -nie wytrzymują nawet dnia, dzieci uwielbiają skubać takie rzeczy. Ja przylepiałam jak zaczął samodzielnie chodzić, coś po pierwszych urodzinkach i poddałam się, na szczęście kanty nie były ostre, a stolik niski. A potem zrezygnowaliśmy ze stolika…
    Co do wtyczek na gniazdka tak samo. Zbyt łatwo wyciągnąć. Fajnym dodatkowym bajerem jest pstryczek wyłączający gniazdko, może być nawet wbudowany na ścianie i jest częścią kontaktu. W Polsce nie spotkałam się niestety, a poza tym pstryczek też łatwo nacisnąć… Z otwieraniem szafek 4 latek radzi już sobie fantastycznie, no chyba że luka jest zbyt mała albo cacusie w środku nie dość interesujące. Do toalet nie usiłuje wejść i nie puszcza stateczków, tylko systematycznie zapycha rolkami papieru… Generalnie słyszałam, że powtarzanie: Nie wolno działa, niestety efekty ma znikome. Chowanie zabawki za to działa fenomenalnie! Gorzej z kuwetą czy wodą dla zwierzaczka… jedyne co przychodzi mi do głowy to jakieś odizolowane pomieszczenie np. zamknięta toaleta czy zaplecze, a w drzwiach malutki lufcik na zwierzątko. Przy większym piesku nie zadziała niestety.
    Raczej zadziała kontrolowane „sparzenie się”, ale trzeba mieć stalowe nerwy. Ręki do gniazdka nie wkładałabym ale koci chrupek chyba nie zabije :) a pycha nie jest.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>