- A ja ci coś kupiłam!
Z takim komunikatem wparowało moje dziecko do domu przyprowadzone przez własnego ojca i zaczęło rozglądać się po kątach. Rozpoczęcie rewizji w pełni uzasadnione, bo powitalny komunikat należało zinterpretować jako pytanie, a nie jako stwierdzenie faktu. Pytanie skierowane do mnie, bo to ja często posługuję się tekstem „a ja ci coś kupiłam”, kiedy Jadzisko powraca z wyprawy niczym Odys do Itaki.
Ogólnie można stwierdzić, że młodzież odkrywa istnienie czegoś takiego jak handel. Dociera do niej przyjemność bycia konsumentem. Zwłaszcza jeśli nie uświadamia sobie póki co, że wiąże się to z istnieniem pewnego rodzaju finansowych szarpnięć i poświęceń.
- Tatuś idzie do pracy – stwierdza więc o 6.00 rano (codziennie), zarzucając mi przy okazji nogę na głowę.
- Yhmmm, idzie do pracy – potwierdzam i zaliczam powoli coś w rodzaju bliskich spotkań trzeciego stopnia z rzeczywistością.
- Kupi lizaka! – oznajmia moje dziecko z pewnością trwadszą niż żelbeton.
- Yhmm, kupi, kupi…
- Bo Jadzia zjadł lizaka. Tylko patyczka został! I tatuś kupi lizaka!
Całe szczęście, że mała nie trzyma się jeszcze tak kurczowo tego pomysłu i z upływem dnia czekanie na lizaka staje się coraz mniej czekające. Zdążyła jednak powiązać fakt wtoczenia się w drzwi wejściowe z faktem odbycia wizyty w sklepie. Nawet jeśli więc było się na dworze w celu zaspokojenia potrzeb fizjologicznych psa (bo nie własnych przecież!), dziecko startuje do wejścia z pytaniem.
- A ja ci coś kupiłam!
- Nic ci dzisiaj nie kupiłem – odpowiada mąż mój osobisty.
Tonący brzytwy się chwyta, widząc zwłaszcza, że ewentualna niespodzianka odchodzi w siną dal.
- Lizaka chce Jadzia – mówi więc dziecko oczekując wiadomego ciągu dalszego.
- Ale nie mam lizaka – odpowiada przeraźliwie szczerze mężczyzna.
- Lizaaaaakaaaa! – zapodaje sopranem Jadzisko i wykrzywia usta w podkówkę.
Z dziećmi to tak zazwyczaj jest, że najbardziej chcą tego, czego akurat nie ma. I nie da się wytłumaczyć, że nie ma, to nie ma. Ma być i koniec. Na dodatek myślą, że jeśli walną się na ziemię, dokładnie wyszorują te kilkadziesiąt metrów kwadratowych, zapamiętale prezentując przy okazji możliwości wokalne, to te lizaki w cudowny sposób nagle się znajdą.
Komunikat powtórny o nieposiadaniu lizaka, wywołuje tylko eskalację konfliktu. I co wtedy? To, co wyżej – tonący brzytwy się chwyta.
- Kupimy lizaka – mówię.
Jakby ciszej.
- Jadziuniu, tatuś jutro kupi lizaka – potwierdzam news.
- Tatuś kupi lizaka – konstatuje Jadzisko, ocierając łezki.
- Tak, jutro kupi.
W ten sposób kręcimy sobie piękną pętlę na nasze własne karki. I to jest właśnie przyczyna, dla której, kiedy ranne wstają zorze i dzieciarnia spać nie może, ze strony młodego człowieka z zaskakującą konsekwencją leci przypomnienie.
- Tatuś idzie do pracy i kupi lizaka!
Drogi mężu, jeśli czytasz tę notkę, to wiedz, że ja jej coś kupiłam. Zrujnowałam się na ołówkowe kredki i blok rysunkowy. Po co nam kolejne kredki? Eeeeee, tego…


Kalendarz ciąży

Kocham to Twoje Jadzisko i Ciebie i te notki tego typu. Buuuzia!
u nas też tak niewinnie się zaczynało;)
teraz tresujemy naszego 6-latka,żeby poznał co to pieniądz i ile jego fantazje, gównie zabawkowe, kosztują.Dostał skarbonkę i zaczął zbierać pieniądze na zakup zabawek,przy okazji uczy się liczyć:)co gorsza ( dla naszych portfeli i naszej powierzchni mieszkalnej), młody ma zapędy kolekcjonerskie-jak zabawka typu Bionicle to od razu zbiera całą serię, jak bakugana dostanie, to potem dąży do uzbierania całej serii.Ostatnio zaczął zbierać kapsle od butelek po piwie, chciał zbierać również te,znalezione w parku, ale ustanowiliśmy limit:tylko kapsle od „domowych” butelek:)teraz na zakupach prosi mnie o zakupienie piwa tatusiowi ( dla kapsla ofkors:), ale jeszcze nie zwariowałam…:)
my pracujemy w domu, więc Młoda ma pojęcie, skąd biorą się pieniądze i aby móc je wyciągnąć z bankomatu trzeba je wcześniej zarobić. W rezultacie, jak na zakupach zamarzy jej się jakaś droga zabawka, a ja mówię że nie mam kasy, to dziecię spogląda na mnie z potępieniem: „to zarób!!”