Cała Polska kibicuje sześcioletniemu chłopcu, któremu na obiadek zaserwowano muchomora sromotnikowego. Ponieważ rodzice zgłosili się z nim do lekarza dopiero po trzech dniach od spożycia feralnej potrawy, wątroba chłopaka była w tak strasznym stanie, że nie nadawała się już do niczego i ratunkiem był jedynie przeszczep. A tu dawcy nie ma. Rozpoczęło się szaleństwo poszukiwań i zdążono w ostatnim momencie, po tygodniu od zgłoszenia się z chłopcem do szpitala. Czy mały przeżyje? Nie wiadomo. Dni najbliższe pokażą.
O dwóch rzeczach chciałam napisać w związku z tym wydarzeniem. Po pierwsze kiedy mówię sobie, że nic mnie w życiu już nie zdziwi, zawsze się okazuje, że zadziwia mnie czyjaś głupota. Muchomora sromotnikowego bardzo łatwo pomylić z kanią.
Pamiętajmy, że nie każdy grzyb wygląda książkowo i w ramach jednego gatunku poszczególne okazy mogą się dość znacznie różnić barwą i wielkością (niech mnie jakiś biolog skoryguje, jeśli bzdury gadam
).
Można go też pomylić z gołąbkiem.
To jest gołąbek.Wszystkie zdjęcia z www.nagrzyby.pl
Małemu zafundowano sosik z gołąbków. To mnie właśnie bardzo dziwi. Gołąbek jest bardzo pospolitym grzybem leśnym. Jest jadalny, choć ostatnie, co można o nim powiedzieć, to to, że stanowi rarytas. Nie jest trujący, ot co, ale nie umywa się nawet w smaku do prawdziwków. Jeśli ktoś robi sos z gołąbków, to tak jakby robił surówkę z trawy. Można zjeść? Można, ale lepiej sięgnąć po sałatę.
Rodzice chłopaka zamiast więc szukać wartościowych grzybów, sięgnęli po zwykłe gołąbki. Na dodatek uznali, że tak świetnie się na grzybach znają, że mogą bezkarnie zbierać sobie blaszkowe, bo na pewno się nie pomylą. I można sobie trąbić w telewizorni co roku – bo to temat samograj – i tak ktoś weźmie i zejdzie, bo zeżre muchomora zamiast któregoś z wymienionych wyżej grzybków.
Zostawiam jednak biednych rodziców. Wystarczającą torturą dla nich jest fakt zawieszenia ich syna między życiem a śmiercią i to, że żadne z nich nie mogło być dawcą wątroby.
W całej historii zdumiewa mnie jeszcze inna sprawa. Polskie prawo stanowi, jak się okazuje, że dawcą organu może być tylko osoba blisko spokrewniona z biorcą lub zmarły. Do szpitala, w którym leży chłopak, przychodziły stada, które chciały swoją wątrobę oddać. Co ważne przy przeszczepie wątroby nie pobiera się CAŁEGO organu, tylko jego część. Wątroba ma fantastyczne zdolności regeneracyjne i część pobrana zaczyna pracować, a druga sobie po pewnym czasie „dorasta”. To samo dzieje się u dawcy. Pozbawienie go części organu nie sprawia, że zagrożone jest jego życie. To znaczy jest to ryzykowne, ale z częścią wątroby można tak samo funkcjonować jak z jedną nerką.
No i te wszystkie osoby zostały odesłane z kwitkiem, bo narządów od nich pobrać nie można było. Czekano więc i czekano, aż ktoś uprzejmie kopnie w kalendarz w sposób nagły, czyli będąc zdrowym, szczęśliwie zginie w wypadku. Znalazł się taki 25-latek i jego wątroba natychmiast powędrowała do zatrutego chłopca.
Zdumiewa mnie kulawość polskiego prawa, jeśli chodzi o temat transplantologii. Zdarzają się przecież takie sytuacje, kiedy ktoś czeka na przeszczep dajmy na to nerki, nie ma rodziny, ale ma oddanych przyjaciół, którzy chętnie jedną nerką się podzielą. Zgodnie z polskim prawem mogą sobie chcieć do woli – nikt od nich organu nie pobierze. Czeka się zatem na nerkę od zmarłego i często gęsto bywa tak, że do operacji nie dochodzi, bo nie ma już kogo operować.
Przeszczepy to jedna z nieuregulowanych sfer naszego życia. Podobnie jak kwestia zapłodnienia in vitro. Brak przepisów lub ich kompletne niedostosowanie do nowej rzeczywistości sprawia, że bardzo dobrze funkcjonuje szara strefa. Zarówno w przypadku handlu jajeczkami, spermą lub chałupniczego zapładniania, jak i w przypadku handlu narządami. Wcale nie tak mało chętnych ogłasza w internecie, że pozbędzie się nerki lub wątroby nie tylko za „Bóg zapłać”.
I trzeba to rzecz jasna zmienić, tylko jak zwykle sprawa spychana jest na dalszy plan, bo jedni mają problemy z krzyżem, inni z podatkami. I pewnie potrzeba kolejnej ludzkiej tragedii, żeby komuś zechciało się ruszyć zad, bez zadawania sobie pytania, co na to sondaże.




Kalendarz ciąży

Gołąbki z solą z blachy (najlepiej z takiego starego, opalanego węglem pieca) – boskie. Do niczego innego jak dla mnie się nie nadają.
Grzyby ogólnie poza walorami smakowymi (a i tu kwestia dyskusyjna) nie mają żadnych wartości odżywczych. Dawanie ich dzieciom jest co najmniej jałowe, ale dobrze wpisuje się w trend pchania w dzieci bezmyślnie wszystkiego. Ja od wczoraj nie mogę przejść do porządku dziennego nad informacją o najmłodszym dziecku hospitalizowanym z powodu nakarmienia pysznym sosikiem z grzybów. Miało 9 miesięcy.
„Ja od wczoraj nie mogę przejść do porządku dziennego nad informacją o najmłodszym dziecku hospitalizowanym z powodu nakarmienia pysznym sosikiem z grzybów. Miało 9 miesięcy.”
I zmarło.
I do tego są ciężkostrawne – kolejny argument, żeby nie podawać dzieciom. Nie rozumiem ludzi, którzy wiedzą, że można pomylić muchomora z czymś innym, a i tak zbierają i jedzą. Rozumiałabym może, gdyby była bieda, albo miały taką wartość odżywczą, że dla zdrowia warty by zjeść od czasu do czasu.
Wychowałam się w lesie
i wierzcie mi, wytrawnemu grzybiarzowi naprawdę trudno pomylić kanię ( w naszym regionie zwaną także sową – bardzo smaczną zresztą) z muchomorem. Kania zupełnie inaczej pachnie, ma też bardziej „zamszowy” (nie wiem, jak to inaczej opisać)kapelusz, inny kolor. Mimo tego, nie podaję swojemu pięcioletniemu ŻADNYCH grzybów – nawet kupnych pieczarek. Ze względów, o których pisałyście: mało wartości odżywczych, ciężkostrawne, ryzyko zatrucia. A pomysł nakarmienia nimi dziewięciomiesięcznego dziecka – porażka. Ale znam mamy z gatunku: „A mój/moja jak miał/a pół roku, to wpierdzielała śledzie/ kluchy z kapustą/bigos – niepotrzebne skreślić i nic mu/jej nie było”. Wrrrr…
moj ojciec jak nie byl pewny grzyba (bo np. taki prawdziwek i szatan wygladaja identycznie) to zawsze jezykiem probowal- grzyb jadalny jest slodki, trujacy piecze- i jakos nigdy nie bylo sytuacji jak z ww reportaza
biedne dziecaki
Nie, nie , tylko gołąbki tak działają- jadalne mają przyjemny smak, trujące (gołąbek wymiotny) piecze. Inne trujące nie są rozpoznawalne po smaku.
@ewag – działanie ryzykowne o tyle, że muchomor sromotnikowy ponoć nie piecze.
Od blaszkowatych trzymam się z daleka, na wszelki wypadek.
hmmm, mowisz?
„i wierzcie mi, wytrawnemu grzybiarzowi naprawdę trudno pomylić kanię ( w naszym regionie zwaną także sową – bardzo smaczną zresztą) z muchomorem.”
Własnie na tym problem polega, ze wielu mysli o sobie jako o wytrawnych grzybiarzach. I potem mamy placz i zgrzytanie zebow.
Czytalam, ze to bardzo biedna rodzina i Mama chlopca juz sie martwi jak sobie poradzi pozniej -kontrole, leki, dobre odzywianie. Wiec zaloze sie, ze grzyby na obiad byly tania opcja nakarmienia rodziny. Nie popieram, ale nie bede rzucac kamieniem…ubostwo na wsiach bywa ogromne…
a pomylic sie moze kazdy, nawet najlepszy grzybiarz. nikt nie jest nieomylny.
No tak, tylko czemu nikt inny poza chłopcem tego nie jadł…no bo byłyby chyba kolejne zatrucia…
Jadł ojciec i dlatego sam nie mógł oddać wątroby, bo też się struł, tylko dorośli przechodzą to łagodniej.
@tafranca
Ja rozumiem, że biedna rodzina, ale bieda nie ma nic wspólnego z rozsądkiem. Pierwsze zabezpieczenie – nie zbierać blaszkowych, bo wśród gąbczastych jest trujących znacznie mniej. Właśnie dlatego, że każdy się może pomylić.
Wypowiadała się inna pacjentka po przeszczepie wątroby, dorosła kobieta. Grzybki przyrządził szwagier, który od 20 lat zbierał grzyby i nigdy się nie pomylił. Poza tym jednym razem. A niby doświadczenie miał.
zastanawia mnie jak sie nazywał i miał nazwisko ten Pan który dał mu to życie?odp
Tego się nie dowiemy nigdy, bo to tajemnica lekarska. I bardzo dobrze.
grzyby oprócz wartości odżywczych mają sole mineralne i substancje odpornościowe… penicylina też jest z grzybów. może zamiast religii wprowadzić grzyboznawstwo?
Penicylina jest z pleśni (niby też grzyb), ale nikt o zdrowych zmysłach nie poleci jedzenia pleśni.
Grzyby mają sporo przydatnych substancji, ot chociażby świetnie przyswajany w tej postaci fluor. Wśród gąbczastych niema w zasadzie grzybów śmiertelnych, jednak ja np. bardzo lubię kanie czy opieńki, mimo tego zbieram jedynie duże owocniki.
Co do smutnej sytuacji z uszkodzeniem wątroby, to mnie zastanowiło co innego, otóż lekarz który wykonywał operacje stwierdził, że 30 razy częściej wykonuje takie operacje u dzieci których wątrobę uszkodził paracetamol.
Dla mnie rodzice, którzy dają dziecku grzyby to idioci! Tym bardziej grzyby blaszkowe. CO tu dużo gadać. Swoje zdanie na ten temat mam i chyba go nie zmienię. Ale patrząc na tych rodziców w tv, to widać że to sieroctwo i zacofanie takie, że płakać się chce. Na dzieci powinny być wydawane pozwolenia!!!